Bert Clendennen

Bert Clendennen

wtorek, 31 stycznia 2012

jesteśmy w stanie wojny, a wróg poważnie ją traktuje

Uczono nas, że negatywną postawą jest występowanie przeciwko czemukolwiek. Jesteśmy ludźmi, którzy są „za”. Absolutnym „nie nie” stało się mówienie przychodzącemu do kościoła człowiekowi, aby doprowadził swoje życie do porządku. W wyniku tego do kościoła wszedł duch hippisowski ze swoimi gołymi nogami i bez spodni: z T-shirtem i bez biustonosza. Duch ten zajął pierwsze miejsce  w kościele, dorzucił Jezusa do narkotyków, niedozwolonego seksu i perwersji. Każdy kto śmiałby zabrać w tej sprawie głos, natychmiast jest napiętnowany jako ktoś, kto nie ma w sercu miłości. Zamiast więc przyprowadzać te dzieciaki do Chrystusa, wyciągnęli je z kościoła sprowadzając z powrotem do ich poziomu. Spiesząc się, aby spopularyzować Chrystusa wśród politycznych grubych ryb i „śmietanki” towarzyskiej Hollywood, zniszczyliśmy każdy płot i zostaliśmy ukąszeni przez węża. W naszych szeregach mamy sławnych piosenkarzy dających nam do zrozumienia, jak wielką uczynili nam przysługę pozwalając Bogu, by ich zbawił. Jeśli cena będzie odpowiednia, w niedzielę będą śpiewać w kościele, ale w poniedziałek w pałacu cesarza. Jednym tchem będą mówić na językach, a drugim śpiewać diabłu. A ty, jeśli zasugerujesz, że to nie jest chrześcijaństwo, będziesz postrzegany jako reakcjonista [faryzeusz i legalista] . Nic dziwnego, że chrześcijanie, którzy kiedyś chodzili z Bogiem i mieli silne przekonania, teraz chodzą po nocnych klubach i teatrach. A co więcej, ciągle uważają, że wszystko jest w porządku. Ratowaliśmy takich ludzi i stawialiśmy za kazalnicami jako przykład Bożej łaski.

Nie winię „hippisów” ani „sławy”. Winię kazalnicę. Jestem pewny, że wielu miało autentyczne doświadczenie z Bogiem i poszłoby za Jezusem, gdyby ci zza kazalnicy mieli odwagę mówić. Mówienie ludziom, że mogą mieć ten świat i Jezusa jest zdradą stanu. Trzeba dokonać wyboru. Jezus powiedział do młodego, bogatego człowieka: „Sprzedaj wszystko co masz i rozdaj ubogim”. Ten jednak odszedł, gdyż było to dla niego zbyt wiele. Jestem przekonany, że jeśli staniemy i zaczniemy „głosić Słowo”, wielu się odwróci. Ale jeśli mówisz komuś, że jest w porządku, podczas gdy wiesz, że nie jest, to nie ma w tym miłości.

Pierwsi chrześcijanie byli zabijani, paleni, przymierali głodem, byli mordowani i nienawidzeni za swoje świadectwo. Ich problem nie wziął się stąd, że głosili innego boga. Rzym miał tysiące bogów i z zadowoleniem przyjmował współzawodnictwo innych bogów. Pierwsi chrześcijanie wpadli w kłopoty, ponieważ głosili swojego Boga z wyłączeniem wszystkich pozostałych. Jan Chrzciciel nie stracił głowy za głoszenie lecz za zdemaskowanie nieprzyjaciela. Nie zgodził się na postępowanie bez ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka. Trzech hebrajskich mężczyzn nie zostało wrzuconych do pieca ognistego dlatego, że wyznawali wiarę w Boga. Wrzucono ich tam, ponieważ odmówili pokłonu obcemu bogu.

Pierwsi chrześcijanie i prorocy nie potrzebowali programów rozrywkowych, aby trwać w Bogu. Oni byli w stanie wojny i wiedzieli o tym. Żyli wśród dźwięków brzękających łańcuchów i trzaskających biczów. Wiedzieli, że nieprzyjaciel jest realny a jego cel śmiertelny. Wiedzieli, że jeśli oddadzą mu jakiekolwiek miejsce, to w końcu stracą wszystko. U schyłku tego wieku, prawda jeszcze raz musi do nas dotrzeć. Jesteśmy w stanie wojny, a wróg poważnie ją traktuje. On przyszedł, aby kraść, zabijać i niszczyć. Musimy uświadomić sobie, że on się nigdy nie zmienia. On nienawidzi Chrystusa, kościoła i wszystkiego, co przyzwoite. On jest kłamcą, mordercą i złodziejem. Jest „belzebubem” „bogiem korupcji” (zepsucia). Jego duch jest duchem „własnego ja” i duchem tego świata. Jeśli okazuje się przyjacielski, to tylko po to, by zwieść. Musimy wiedzieć, wiedzieć teraz, że zwycięstwo nie oznacza, iż nieprzyjaciel zniknie lub podda się. Pokonaj go tu. a pojawi się tam. Nie wolno nam nigdy rozluźniać się w naszej duchowej czujności. Zawsze musimy czuwać w modlitwie i nie wahać się. aby mu się przeciwstawiać. On nie ucieknie dopóki go nie pogonimy, i nie wyjdzie jeśli go nie wyrzucimy.

Kiedy Pearl Harbor zostało zbombardowane, narody tego świata walczyły ze sobą od miesięcy i lat. Próbowaliśmy pozostać neutralni lecz nagle, w ten niedzielny poranek, okazało się, że już nie możemy być neutralni. Prezydent Stanów Zjednoczonych wezwał do całkowitej mobilizacji wszystkich sił całego kraju, nie tylko po to. aby sformować armię, ale by budować samoloty i statki, produkować zboże, ubranie i wszystkie inne niezbędne rzeczy. Każdy szybko odpowiadał na to wezwanie. Nasz kraj był w niebezpieczeństwie; nieprzyjaciel już pukał do drzwi; trzeba było szybko coś  zrobić! Jedynie własnym wysiłkiem mogliśmy odnieść zwycięstwo i tylko rewolucyjne podejście do tego kryzysu mogło uratować naród.

Kiedy ten naród traci ducha, który sprawił, że Thomas Jefferson podpisał Deklarację Niepodległości; kiedy ludzie nie poświęcają się tak jak w dolinie Forge. gdy boso szli z krwawiącymi stopami, aby się wyzwolić; kiedy tracimy takiego ducha, to tracimy naszą wolność i zostajemy pokonani. To co dotyczy narodu, dotyczy kościoła. Nadszedł czas, kiedy kościół musi przyszykować wszystkie duchowe środki i użyć ich w działaniu przeciwko nieprzyjacielowi. W przeciwnym razie bowiem powtórzy się średniowiecze.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału Samozwiedzenie

poniedziałek, 30 stycznia 2012

duch tego świata jest jak strychnina

Grube ryby Hollywood i Nashville stają za kazalnicami Bożych kościołów (oczywiście za odpowiednią cenę) jako trofea łaski. Idole tego udawanego świata będą w niedzielę śpiewać w kościele, a w poniedziałek w Las Vegas, a potem dziwimy się dlaczego dzieci chodzące do kościoła zaczynają pić. Pewna kobieta, należąca do tak zwanego napełnionego Duchem kościoła, śpiewająca w chórze, mężatka mająca romans z żonatym mężczyzną planuje wraz z nim, że rozwiodą się z obecnymi współmałżonkami i pobiorą się. Gdy inny chrześcijanin spytał ją jak jako chrześcijanka może żyć i postępować w ten sposób, odpowiedziała: „Nie robimy nic złego. Bóg to aprobuje, bo jesteśmy w sobie zakochani”. Społeczność chrześcijańska musi odrzucić wszelkie iluzje i uznać, że jesteśmy w stanie wojny. W każdej walce jedni przegrywają, a drudzy wygrywają. Jeśli mamy przetrwać, musimy zaprzestać walki religijnej a zabrać się za wroga. Gdy to piszę, już słyszę jak niektórzy mówią: „Zwycięstwo już zostało osiągnięte na Golgocie”. Jest to prawda lecz zwycięstwo musi być utrzymywane przez każde następne pokolenie kościoła. Kościół jednak nie rozpoznał, że ta straszliwa walka ma miejsce w sferze duchowej i nie wyposażył swoich ludzi do tej walki. Nauczaliśmy, że chrześcijaństwo wymaga tylko bycia miłym, a nie chcąc aby ludzie zbłądzili, uciekaliśmy się do różnego rodzaju zabaw i programów rozrywkowych. W rezultacie doczekaliśmy się pokolenia chrześcijan, którzy usychają, gdy tylko słońce mocniej przygrzeje.

Większość młodych ludzi, gdy po raz pierwszy zetknie się z nieprzyjacielem, można porównać do domku z kart. Podczas wojny w Wietnamie prowadziłem w Sajgonie centrum wojskowe. Na własne oczy widziałem, jak nieprzyjaciel zniszczył młodych zielonoświątkowych wierzących. Wielu młodych mężczyzn, którzy dorastali w kościele, nie wytrwało, gdy zostali zostawieni sami sobie. Kiedy już zostali wypchnięci z bezpiecznej atmosfery kościoła, nieprzyjaciel ustrzelił ich bez walki. Tak samo jest z naszymi młodymi ludźmi, którzy zaczynają studia na uniwersytecie. Przeciętny chrześcijanin, nagle wyrwany z kościoła, znalazłszy się w atmosferze ateizmu. nie jest dla nieprzyjaciela godnym przeciwnikiem, ponieważ nie ma nawet najmniejszego pojęcia, kim lub czym nieprzyjaciel jest. Biblia mówi: „Świat jest nieprzyjacielem Boga”. A mimo to kościół usilnie stara się naśladować ten system. Kaznodzieje, nauczyciele, diakoni i rodzice zamykają oczy na ducha tego świata, który wszedł do kościoła. W osobie wierzącej duch tego świata jest jak strychnina w fizycznym ciele. Jest to śmierć. Świat nie jest przyjacielem i nie pomoże nam zbliżyć się do Boga. Jego końcem jest destrukcja.

Młodzi ludzie wyrastają w kościele, w którym nie ma atmosfery „Świętości Pana”. Świat zdobywa poklask, jest przyjmowany i podziwiany. Na podstawie tego. czego się ludzi uczy, wyciągają oni wnioski, że świat tak naprawdę nie jest ich wrogiem lecz niezrozumianym przyjacielem i można go zdobyć tylko poprzez dostosowanie się do jego zwyczajów, sposobu ubierania się i myślenia. Chrześcijańscy rodzice pozwalają swoim dzieciom na robienie rzeczy, których sami nigdy by nie zrobili. Rezygnując z dyscypliny względem dzieci, pozwolili aby ich pasje i marzenia zdziczały. Całe pokolenie młodzieży chrześcijańskiej zostało rzucone na żer „Molochowi”. Nie chcieliśmy powstać i walczyć przeciwko nieprzyjacielowi i w rezultacie zasiał on w naszych szeregach ziarna buntu. Nieprzyjaciel, którego wzięliśmy za przyjaciela, zaczął nas dzielić, aby osiągnąć swój cel. a chrześcijanie przeważnie nie są odpowiednio uzbrojeni, aby wyrzucić go ze swoich szeregów. Wyszkoleni w „naiwnej wierze” i „mocy pozytywnego myślenia” zaczęliśmy wierzyć, że diabeł sam ucieknie, jeśli nie będziemy o nim mówić. Słuchając głośno grzmiących ewangelistów, którzy odłożyli na bok walkę i zajęli się błogosławieństwami, przestaliśmy dbać o naszą duchową kondycję. Przeważnie nasze ćwiczenie (szkolenie) ogranicza się do przesypiania spotkań modlitewnych, a program studium biblijnego jest bardzo ostrożnie układany, aby nie obrazić lub za bardzo nie eksponować diabła.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału Samozwiedzenie

piątek, 27 stycznia 2012

miliony maszerują w kierunku piekła wykrzykując „chwała Panu”

Samo wyznawanie dałoby nam komputerową wiedzę. Znaczy to, że możemy znać Biblię jako książkę, mieć najwspanialsze analizy i diagramy i ciągle być martwi na rzeczy duchowe. Z drugiej strony, aby wyjść poza same wartości, których się naucza, i dojść do żywego zrozumienia Słowa, potrzebujemy nie tylko Pisma, ale Boga, który będzie do nas mówił przez Pismo. To jest życie.

Kościół, zaangażowany w ten proces życia, stanie się świadkiem wielkich rzeczy. Życie jest spontaniczne, dlatego kiedy tylko nadarzy się okazja, zamanifestuje się. Prawdziwe duchowe życie będzie wykrzykiwać radosne Alleluja. Synowie i córki kościoła, poruszeni duchem życia, będą prorokować, mówić językami, tańczyć w Duchu, śpiewać w Duchu. Tych rzeczy nie nakłada się na siebie jak ubranie, ani się ich „nie włącza” i „wyłącza” kiedy się chce. To nie jest coś, czego Boże dzieci mogą nauczyć się robić, ale są one manifestacją duchowego życia. Miejsce duchowej mocy i duchowego życia można osiągnąć jedynie poprzez zmaganie się. W momencie duchowych narodzin powstaje  nowe stworzenie, ustanawiana jest inna moralność tego stworzenia, nowy system niebiański, całkowicie nowy umysł, i nie jest to cielesny człowiek. W Panu będziemy mieć całkowicie nowy system oceniania i wartości. To znaczy. On będzie odnosił się do nas w tej sprawie. On będzie nas powoływał do tego. byśmy trzymali się nowego stworzenia w nas, dobrego sumienia, przekonania wewnętrznego, intymności, które są w nas. A zatem nowe stworzenie to coś duchowego. Ponieważ jednak stare stworzenie wciąż krąży wokół tego, co duchowe, nowe stworzenie będzie wzrastało tylko poprzez podbój, poprzez żmudne dążenie do przezwyciężenia konfliktu.  Wola, odnowiona wola pobudzana przez Ducha Świętego nie będzie działać mechanicznie lecz zostanie wezwana do ćwiczenia się w Panu.

W ten sposób modlitwa staje się konfliktem, walką, i walka ta odnosi się do życia w Duchu, do miejsca, w którym mamy żyć w Chrystusie. Zatem pytanie, jakie należy sobie zadać nie brzmi: „Czym jestem w Chrystusie” ale „Czym mogę być w Chrystusie”. Doświadczenie wierzących pokazuje, że kiedy idą z Panem co oznacza coraz większe upodabnianie się do Niego, oddalanie się od starej natur}” i zmierzanie do nowego życia - to im bliższy mają kontakt z ostatecznymi, duchowymi siłami wszechświata, tym bardziej intensywny on się staje. W tym właśnie wyraża się wartość cierpienia i prób. Zmaganie się nowego stworzenia nie dotyczy wiary, lecz ma na celu wyrwanie się z otaczającej pajęczyny ciała. Nowe stworzenie wiąże się z moralnością i jeśli o nas chodzi, to nie została ona jeszcze w nas ukształtowana. Jest ona doskonała sama w sobie lecz nie jest dokończona w nas. Stare stworzenie wciąż istnieje i ma ogromny wpływ na nowe stworzenie. Stara natura nie jest umarła dla wierzących. Świat nie jest umarły dla wierzącego i diabeł również nie jest umarły dla wierzącego. Nowe stworzenie, które wiąże się z moralnością, znajduje się w samym centrum starego. Ale to jest dopiero w zaczątku i wszystkie jego moralne aspekty muszą się rozwinąć, aby uczynić nas stworzeniami moralnymi w pełnym tego słowa znaczeniu. Ten rozwój, który uczyni nas podobnymi do Chrystusa, jest absolutną wolą Boga.

Cierpienie i próby pojawiające się w tym konflikcie, zawierają się w woli Bożej. Znaczy to, że Bóg dopuszcza do pewnych rzeczy nie będących Jego absolutną wolą. aby doprowadzić nas do miejsca, które jest Jego absolutną wolą. Cierpienie nie jest Bożą wolą lecz On bardzo często pozwala na nie, gdyż widzi, że jest to konieczne, abyśmy mogli utrzymać  określoną  pozycję.  Gdybyśmy  byli doskonałymi  stworzeniami, wola Boża zawsze byłaby absolutna. Nie byłoby miejsca na względną wolę Bożą. Bóg nie musiałby dopuszczać do pewnych rzeczy, aby nas doprowadzić do określonego miejsca. Ponieważ jednak nie jesteśmy doskonali, cierpienie i próby stają się względną wolą Bożą (zawierają się w woli Bożej), czyli mają miejsce za Jego przyzwoleniem. Wzajemna zależność dotyczy naszego zdobywania i rozwijania przez nowe stworzenie moralnego życia.

Alternatywą dla życia według Ducha jest samozwodniczy kult nauczanych wartości i zasad. Zamiast spontanicznego przepływu życia, mamy jedynie życie wyuczone. Wyuczony Chrystus, wyuczony Duch Święty, wyuczone języki i brak żywego doświadczenia. Jezus Chrystus to już tylko wyznawanie a nie realna osoba. Uzdrowienie jest wyznawaniem ust, które pozostawia 99 % jego poszukiwaczy w szpitalach. Rozpoczyna się w umyśle, kończy się w umyśle, i ostatecznie pozostawia ofiarę w zamieszaniu i w pustce. Na jednym nabożeństwie pewnemu zgłodniałemu Ducha Świętego człowiekowi powiedziano, żeby bardzo szybko wypowiadał samogłoski A, E, I, O, U. Kiedy to robił, powiedziano mu, że już to otrzymał. Pewien Mormon, który mówił językami, przemawiał na wielkim zebraniu. Podczas śniadania, mój przyjaciel siedział koło niego i zapytał go, w jaki sposób narodził się na nowo. Mormon odpowiedział: „Jeszcze tego nie przyjąłem”. A był głównym mówcą na wieczornym spotkaniu, w którym uczestniczyły setki ludzi. Moja żona brała udział w nabożeństwie i siedziała obok mężczyzny i kobiety, którzy byli zdenerwowani tym, co się działo. Kobieta powiedziała do mężczyzny: „Szkoda, że nie mogę przemówić do tego zgromadzenia”. Mężczyzna odpowiedział: „Dlaczego nie wstaniesz i nie zaczniesz prorokować tego, co masz do powiedzenia?”. Byłem na nabożeństwie wśród 1500 ludzi, kiedy lider uwielbienia kazał wszystkim wstać i ogłosił, że w czasie śpiewania tej pieśni będziemy tańczyć przed Panem. Brakowało prawdziwego życia, więc chcieli je podrobić! Wszystko to jest tylko wyuczoną religią, religią samych słów bez prawdziwego życia Ducha.

Takie oszukaństwo przez samą swoją naturę zostało zmuszone do wyeliminowania „zwycięskiej modlitwy”, co z kolei otworzyło drzwi na świat, pozwalając ciału i diabłu wejść do świątyni Bożej. Te same grzechy świata można znaleźć w kościele. Zaślepieni drogą, która wydaje się właściwa, miliony maszerują w kierunku piekła wykrzykując „chwała Panu”. W tej nowej religii świat nie jest już wrogiem łaski, lecz raczej niezrozumianym przyjacielem. Nowe wołanie brzmi: „Jeśli mamy zdobyć świat, musimy być jak ludzie w świecie”. W takiej atmosferze niczym niezwykłym nie jest, kiedy widzi się, jak ktoś gasi papierosa, aby za chwilę prorokować. W wielu zgromadzeniach powszechnie słyszy się o bałwochwalczej praktyce intonowania śpiewu na językach. W jednej takiej społeczności, gdzie dużo mówiło się o językach, pewna kobieta zadała liderowi pytanie. Jego odpowiedź brzmiała: „Wszystkie pytania omówimy przy piwie po spotkaniu”.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału Samozwiedzenie

czwartek, 26 stycznia 2012

Biblia staje się tylko podręcznikiem

Umysł ludzki jest tak skonstruowany, że jako fakt zaakceptuje prawie wszystko, co powie mu osoba, do której ma zaufanie. Dotyczy to szczególnie spraw religii. Dziewięćdziesiąt procent chrześcijan, spytanych dlaczego wierzą w daną rzecz, odpowie: „bo słyszałem, jak ten i ten nauczał o tym”. Smutne, ale prawdziwe. Większość chrześcijan nigdy nie zawraca sobie głowy badaniem Pisma i sprawdzaniem jak jest rzeczywiście. Jeśli kaznodzieja tak powiedział, musi to być prawdą.

Jest to bardzo niebezpieczne, zwłaszcza w naszym społeczeństwie, gdzie duchowość mierzona jest rozmiarem działania. Przeciętny chrześcijanin jest tak zaprogramowany, że ogarnia go poczucie winy, gdy pomyśli, że ci wielcy przywódcy mogliby się mylić. Jeśli ktoś jest tak zaprogramowany, to jego religijny umysł bez kwestionowania przyjmie wszystko, czego będzie się go nauczać. Z powodu tego, że ślepi prowadzą ślepych, same wersety zastąpiły osobiste poznanie Chrystusa.

Wyciągając wersety biblijne z kontekstu i nie rozeznając słów prawdy, obecni liderzy stworzyli chrześcijańską naukę zielonoświątkową, [i ewangeliczną] która hurtowo jest kupowana przez ludzi. Nowa ewangelia opiera się całkowicie na zdolności wierzących do pozytywnego myślenia i właściwego „wyznawania”. Aby łatwiej było ją sprzedać i jednocześnie ukryć fakt. że samo wyznawanie jest tylko substytutem, rozpoczęto masową kampanię wzywającą do połączenia nauki medycznej z boskim uzdrowieniem. Doceniam całe dobro, jakiego doświadczamy ze strony nauki, ale ciągle pozostaje ona niedokładną nauką, którą człowiek się zajmuje. Nie wierzę, i z pewnością nie uwierzę, że Jezus zniósł tę okropną chłostę, aby przynieść takie uzdrowienie, które przez tysiąc lat nie poradzi sobie ze zwykłym przeziębieniem.

Mówiąc o „samym wyznawaniu” jako o substytucie, mam na myśli to, że jest to stosowany przez obrońców sposób zrzucania odpowiedzialności, uchylanie się od obowiązku uwalniania chorych. Jeśli jakaś biedna ofiara nie zostanie uzdrowiona lub uwolniona, to tylko dlatego, że nie wierzyła i prawidłowo nie wyznawała. Jest to całkowicie sprzeczne z Biblią. Jezus nie posłał kaznodziei i wierzących. aby uczyli ludzi jak wyznawać. On powiedział: „uzdrawiajcie chorych, oczyszczajcie trędowatych, wzbudzajcie umarłych”. Gdy Piotr spotkał chromego człowieka przy bramie świątyni, nawet go nie spytał czy wierzy w Boże uzdrowienie. Powiedział: „To co mam, daję ci”. Jeśli podstawą ewangelii byłyby same słowa, wtedy Jezus nigdy nie poleciłby swoim uczniom, aby oczekiwali w Jerozolimie aż zostaną przyobleczeni mocą z wysokości (Łuk 24,49). Oni znali Jego słowa, widzieli jak czynił najbardziej zadziwiające cuda, a mimo to ciągle nie byli dostatecznie wykwalifikowani, aby iść i głosić. Paweł powiedział do Koryntian: „Nie będziecie znali nikogo według słów lecz według mocy”. Słowa bez mocy (nawet słowa z Biblii) są bezużyteczne. Ta Ewangelia nie jest głoszona jedynie w słowach, ale w mocy i w manifestacji Ducha.

Apostoł Jakub napisał: „Wiara bez uczynków jest martwa”. Rzeczy, o których się tutaj mówi, nie są mechanicznymi uczynkami ciała. Kiedy Piotr wziął za rękę chromego i podniósł go, wtedy Boża moc go uzdrowiła. Nie uzdrowił go natomiast sam fakt podniesienia go przez Piotra. Byłem świadkiem wielu takich sytuacji, kiedy powtarzało się daną czynność, ale uzdrowienie nie następowało. Pewnego razu jeden ewangelista wezwał do przodu wszystkie kobiety, które nie mogły mieć dzieci. Postawił je w szeregu i kazał im pocierać swoje brzuchy wyznając jednocześnie takie słowa: „Jestem w ciąży”. Po kilku minutach takiego bezsensownego działania powiedział im, aby nakrywały do stołu dzieciom, co do których przed chwilą czyniły wyznawanie i żeby zaczęły z nimi rozmawiać.  Apostoł Jakub, gdy mówił o uczynkach wiary, z pewnością nie usprawiedliwiał takich niedojrzałych działań jak te, o których tutaj wspomniałem. Słowo „wiara” oznacza w Piśmie to, w co wierzymy. Wierzymy na przykład, że jedyną możliwością osiągnięcia zbawienia jest „narodzenie się na nowo”. Fakt bycia „narodzonym na nowo” jest integralną częścią naszej „wiary”. Tak więc Jakub mówi w rzeczywistości, że samo wyznawanie zbawienia, bez radykalnego doświadczenia nowego narodzenia, jest śmiercią. Boże uzdrowienie również jest istotną częścią naszej wiary, lecz samo wyznawanie Pisma, typowe dla uzdrawiania bez prawdziwej mocy do uzdrowienia, jest śmiercią.

Jedną z największych tragedii tego zwiedzenia jest to, że zmusza ono do wyrzeczenia się usilnej modlitwy. Nie możesz głosić ewangelii typu „wyznaj, a stanie ci się” podczas gdy ludzie mozolą się nad czymś z wielkim trudem. Słowo Boże objawi nam zamysł Boga, gdy będziemy żyć w Duchu. Jeśli jednak Duch Święty tego nie zrobi, Biblia będzie dla nas tylko następną książką, którą możemy sobie czytać i która nie dostarczy nam więcej światła niż jakakolwiek inna książka. Samo religijne wyznawanie sprawia, że Biblia staje się tylko podręcznikiem. Ludzie myślą, że czytając książki i słuchając wykładów mogą zdobyć duchową wiedzę i poznać Boże zasady. Te rzeczy jednak przychodzą do nas poprzez życie, doświadczenie i to, co zmienia się w naszym charakterze. Do poznania duchowego dochodzimy wtedy, kiedy Jego życie jest formowane w nas i kiedy my sami o to zabiegamy. To może przyjść tylko przez mozolną (usilną) modlitwę. Właśnie dlatego Bóg wymaga takiej modlitwy i mówi, że jest ona konieczna. Pozwólcie, że powtórzę, nie możemy nauczyć się Bożych zasad ani zdobyć duchowej wiedzy z książek i wykładów. One mogą być poznane tylko w procesie. Przede wszystkim, musi istnieć koncepcja, to co wewnętrzne (duchowe). Musi to mieć zastosowanie do wszystkich duchowych zasad i wiedzy. Dopiero potem może być mozolne prowadzenie do narodzin. To jest proces życia. Na podstawie życiowych doświadczeń możemy nauczyć się tylko tego, co jest w Biblii. Biblia nie jest komputerem; jest przenośnikiem, który przenosi poza. Poprzez czytanie Słowa. Biblia przenosi coś poza nasze zrozumienie.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału Samozwiedzenie

środa, 25 stycznia 2012

człowiek rzeczy duchowe zamienia w rzeczy tego świata

W dzisiejszych czasach próbuje się ludziom wmówić, że Słowo Boże można studiować tak jak studiuje się sztukę i naukę, insynuując w ten sposób, iż przyswojona wiedza o doktrynach jest wszystkim. Takie nauczanie dało inną ewangelię odwołującą się ściśle do cielesnej natury. „Mój Bóg zaspokoi wszelką waszą potrzebę...” było używane w celu usprawiedliwienia skandalicznej rozrzutności w służbie. Podczas gdy wdowy walczą o przetrwanie, ich przysłowiowy wdowi grosz jest wykorzystywany do takiego stylu życia, który zawstydziłby nawet starożytnych władców. Sugerowanie tym religijnym playboyom, że gromadzenie rzeczy nie jest oznaką wiary lecz raczej manifestacją zbytniego folgowania sobie, jest dla nich grzechem niewybaczalnym. Ten sam kaznodzieja, który napisał „Mój Bóg zaspokoi wszelką waszą potrzebę” napisał również „Wiem, co to znaczy obfitować i wiem, co znaczy być w potrzebie”, i poprzez to wszystko nauczył się poprzestawać na tym, co miał. Jezus powiedział: „Na życie człowieka nie składa się tylko obfitość dóbr”. Samo wielbienie litery bez szukania wewnętrznego światła Ducha Świętego spowodowało, że kościół stał się słaby i stracił orientację. Jeśli twierdzi się, że tylko wyznanie jest potrzebne, by osiągnąć upragnione rezultaty, to zaprzecza się dziełu Ducha. W tym punkcie nawet dary Ducha podlegają naszej woli i nie są już Jego manifestacją. Pewien kaznodzieja powiedział mi, że to był wspaniały dzień w jego życiu, kiedy dowiedział się, że mówienie językami nie jest jakimś duchowym czy emocjonalnym stanem, jaki się osiąga, lecz jest produktem jego woli. Innymi słowy, nauczył się „odkręcać i zakręcać” dar jak wodę w kranie. Najbardziej bezbożny człowiek na tej ziemi może wejść w taką rutynę.

Kaznodzieja, który z odwagą wyznawał, że ma dar czynienia cudów, został zaproszony, aby usłużyć na trzech nabożeństwach. Na ostatnim poprosił całe zgromadzenie o powstanie i na jego komendę wszyscy jednocześnie mieli zacząć mówić językami. Gdy ludzie odmówili, ten biedny człowiek był całkowicie zaskoczony. Po spotkaniu chciał wiedzieć dlaczego. Powiedziałem mu wtedy tak: „Nauczam ich przeciwko takiej głupocie”. To znaczy - powiedział że nie możesz mówić innymi językami kiedy chcesz?”. Zapewniłem go, że właśnie tak myślę. Wtedy powiedział do mnie: „Ja mam dar języków i mogę mówić zawsze i wszędzie, kiedy się na to zdecyduję”. Twierdzisz również - odpowiedziałem - że masz dar czynienia cudów. Według Słowa Bożego, zarówno dar języków jak i dar czynienia cudów pochodzą od Ducha Świętego. Teraz okazuje się, że jeśli jeden dar możesz używać dowolnie, to możesz w ten sam sposób używać oba. Jeśli pójdziesz ze mną do szpitala i zaczniesz tak swobodnie uzdrawiać jak mówisz językami, kupię twoją doktrynę”. Nie muszę chyba dodawać, że nie poszedł za mną.

„A wiemy, że mieszka w nas, poprzez Ducha, którego nam dał”. Dowodem na to, że Chrystus mieszka w naszych sercach jest poznanie i realność Jego Ducha w nas. Jan nigdy nie napisał: „Będziesz wiedział, że jesteś zbawiony, ponieważ te słowa tak mówią”. Oczywiście wiara musi mieć oparcie w obietnicy, ale Jan miał w swoim sercu świadectwo Ducha, którego miał od Boga. i tego się trzymał. W ten sposób poświadczenie, że jesteśmy synami Bożymi, przychodzi nie tylko poprzez słowa Pisma, w co wierzymy, lecz z faktu, że zamieszkuje w nas Duch, o czym można powiedzieć: „Ten, który wierzy w Syna Bożego ma świadectwo sam w sobie”. Pragnieniem człowieka jest wejrzeć w sprawy Boże. nawet pomimo tego, że Pismo mówi, iż są one dla niego głupstwem. To że człowiek nie jest w stanie poznać rzeczy Bożych, w żaden sposób nie powstrzymuje pochłoniętych sprawami materialnymi ludzi przed zajmowaniem się nimi. Taki człowiek może znać te rzeczy po imieniu, dowiedzieć się, co prawdziwi wierzący o nich mówią, może je wyznawać, bardzo elokwentnie może je zachwalać i przedstawiać w taki sposób, aby były pociągające dla dzieci tego świata. Taki człowiek wkrada się do kościoła i rzeczy duchowe zamienia w rzeczy tego świata. Poprzez swój umysł stworzył z Bożych rzeczy religię, którą cielesny człowiek może zrozumieć i praktykować. Kredo, wyznania, artykuły religijne, piękne kościoły, uczeni duchowni, śpiewanie i nauczanie wszystko to nie jest w stanie wyciągnąć człowieka z grzechu, tak jak i piękna muzyka nie może obdarować głuchoniemego słuchem.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału – Mit samego wyznawania

wtorek, 24 stycznia 2012

kto nie ma Syna, nie ma żywota

Na obecnym rynku religijnym istnieje mnóstwo kaznodziei i nauczycieli odgrywających mówców, lecz ewangelia w ich ustach jest tylko odgrywaniem roli. Studiują oni nawet sposoby jej prezentowania. Każdy wydaje się mieć swoją własną technikę zdobywanie przychylności Bożej [i ludzkiej]. Prawda w ich rękach nie jest już mieczem Ducha lecz perswazją sprytnie ujętych frazesów. Trzymają się formy, ale w rzeczywistości zaprzeczają mocy i dlatego żyjące Słowo Boże umarło w rękach tych wszystkich, którzy zapewniają, że w nie wierzą. Prawdziwe są więc słowa „Litera zabija, lecz duch ożywia”. Jezus powiedział: „Słowa, które mówię do was, są duchem i życiem”.

Człowiek drobiazgowy ogranicza wszystko do litery i poprzez to niemożliwe jest dla niego poznanie tego, co jest w Słowie. Znacząca prawda, której naucza Biblia, brzmi tak: „Ten, kto ma Syna, ma żywot, a ten, kto nie ma Syna, nie ma żywota”. Jeśli żywe Słowo, którym jest Chrystus, nie jest w nas ożywione przez Ducha Świętego, wówczas te słowa, które Jezus wypowiadał, ściągną na nas potępienie w wieczności.

Obecny kult wyznawania tak się zadomowił w umysłach religijnych ludzi, że różnica między zwykłą wiedzą a żywym boskim poznaniem prawie się zatarła. I kiedy ktoś sugeruje, że przez codzienne doświadczenia naszego życia możemy o wiele więcej dowiedzieć się o Bogu niż człowiek uczony na podstawie samych tylko słów, jest natychmiast napiętnowany jako ktoś negatywny lub jeszcze gorzej. Chrystus mówił do ludzi o literze w ten sposób: ..Badacie Pisma, bo sądzicie, że macie w nich żywot wieczny; a one składają świadectwo o mnie: ale mimo to do mnie przyjść nie chcecie, aby mieć żywot” (J 5.39-40). Poznanie całego Pisma nie ma żadnej wartości, jeśli nie zostaniemy przez nie przyprowadzeni do żywego Zbawiciela.

Jezus nigdy nie mówił tamtym chrześcijanom, że mają oczekiwać w Jerozolimie aż zostaną odpowiednio wykształceni. Nie odnosił się również do tego, co było napisane w Piśmie, gdy obiecywał innego Pocieszyciela, który wprowadzi ich we wszelką prawdę. Pismo może jedynie poprowadzić w kierunku robienia tego, czego nie jest w stanie spełnić i uświadomić rzeczywistość, której nie może sprostać. To nadejście samego Chrystusa może wypełnić całe Pismo. Pismo samo w sobie nie może uczynić nic więcej, jak tylko wskazać na relację z Bogiem, którą z kolei może nam dać tylko Duch Święty. Pismo należy dlatego czytać w postawie modlitwy, ufając w wewnętrzne działanie Ducha Świętego, który sprawi, że jego prawdy staną się w nas rzeczywistością.

Jezus powiedział: Ja jestem drogą, prawdą i życiem, i nikt nie przychodzi do Ojca. jak tylko przeze mnie”. Strasznym zwiedzeniem jest jednak myślenie, że życie od Boga można mieć po prostu dlatego, że w umyśle uznaje się te słowa. Najgorszego degenerata można nauczyć powtarzania lub wyznawania religijnych frazesów, ale jeśli ma on zostać zbawiony, uwolniona musi być moc. Jest to bardzo smutny fakt, że przez całą historię chrześcijaństwa górę bierze nauczanie, że każdy dumny, samolubny, próżny i zarozumiały człowiek może odnosić zwycięstwo nad grzechem, chorobą i demonami.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału – Mit samego wyznawania

poniedziałek, 23 stycznia 2012

w szkole Chrystusa - świadectwo pastora Mirosława Kulca

Znalazłem w sieci bardzo interesujący artykuł. Jest to świadectwo pastora Mirka Kulca o jego spotkaniu się z pastorem Clendennenem i ze Szkołą Chrystusa w Moskwie.

W szkole Chrystusa
Mirosław Kulec

W 1991 roku Bóg powołał mnie i moją żonę do służby w byłym Związku Radzieckim. W naszym życiu nagle wszystko się zmieniło: z pracującego spokojnie listonosza zmieniłem się w marzyciela, widziałem już wielkie działanie Boże i tłumy nawróconych ludzi. Był to dla nas czas modlitwy i przygotowań.

Pamiętam jak wstawałem rano, by uczyć się czytać Biblię w języku rosyjskim, w szkole nie nauczyłem się go nawet w stopniu podstawowym. Pewnego dnia dowiedziałem się o powstałej w Moskwie szkole dla misjonarzy i pastorów. Wiedzieliśmy, że to jest szansa. Spragnieni misyjnych przygód i oglądania Bożego działania, z mglistymi planami na przyszłość zwolniliśmy się z pracy, by żyć z wiary i nareszcie stać się misjonarzami. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy ile lekcji pragnie dać nam Bóg, jak wiele musimy się nauczyć, by głosić Jego Słowo. Z listów które wysłaliśmy mamie, można napisać książkę, a tu przedstawimy tylko krótkie świadectwo tego, co przeżywaliśmy z Jezusem.

Moskiewska szkoła modlitwy

Po przekroczeniu granicy zobaczyliśmy świat który miał się stać dla nas naszym nowym domem, pełny znajomych obrazów, a jednak tak inny. W Moskwie zaczynała się jesień, kończył się 1992 r., dni w szkole wypełnione były nauką i modlitwą. To nie była szkoła jak te, o których czytamy w zachodnich gazetach, nie było tu miejsca na rozrywki i sport. Było za to mało snu i dużo pracy oraz wiele godzin modlitwy. Poznaliśmy tu wielkiego męża modlitwy br. Berta Clendennena, założyciela i dyrektora tej szczególnej szkoły biblijnej. Jego kazania wzywały nas do modlitwy i oddania się prawdziwej służbie dla Jezusa, nie było w nim nic z popularnej w Ameryce ewangelii sukcesu, słowa które wypowiadał formowały w nas nowy sposób patrzenia na misję. Nie był to kolejny wesołek, ale człowiek, o którym nie sposób zapomnieć. Pewnego poranka, w czasie modlitwy powiedział do nas: "Ilu ludzi idzie do piekła tylko dlatego, że się wystarczająco dużo nie modlimy?!"

więcej na stronie zboru Emaus w Zielonej Górze

człowiek modli się jak chrześcijanin a żyje jak ateista

Jak wiemy, chrześcijaństwo jest na rozdrożu i być może nigdy wcześniej nie było w większym zamieszaniu niż obecnie. Przez wieki podstawą podziałów wśród chrześcijan było sekciarstwo. Zgromadzali się oni wokół jakiejś prawdy, ściśle określonego twierdzenia doktrynalnego, formy zarządzania kościołem, posłuszeństwa człowiekowi lub jakiegoś innego punktu ogniskowego. To wszystko się zmieniło. Nowi przywódcy znieśli doktrynę i stwierdzili, że doświadczenie nie jest konieczne. Kult „pozytywnego myślenia” zastąpił zdrową doktrynę a „samo wyznawanie” zredukowało osobiste doświadczenie Chrystusa jedynie do słów. Wszystko to jest teraz niczym innym jak wielbieniem litery i zaprzeczeniem ducha.

Chwalebna ewangelia nigdy nie może być głoszona w zwykłych słowach. Apostołowie zostali pouczeni co do niebiańskich spraw przez samego Chrystusa i mieli możliwość czynić cuda w jego imieniu, a mimo to nie byli w stanie wytłumaczyć tajemnic Królestwa.  O wiele więcej rzeczy miało się dziać, a oni mogli nigdy nie mieć w tym udziału, gdyby nie zostali pouczeni przez Chrystusa. Przez trzy lata Chrystus mówił swoim naśladowcom o znakach Bożego Królestwa, ale był bardzo ostrożny tłumacząc im. że jego nauczanie i prowadzenie musi być inspirowane przez Ducha. Rozkazał im, aby nie opuszczali Jerozolimy mając tylko samą teorię (wyznanie) dotyczącą Jego narodzin, życia, nauczania itp. Mieli czekać w Jerozolimie aż zostaną przyobleczeni mocą z wysokości. Tylko wtedy apostołowie mogli usługiwać z Ducha a nie na podstawie samej tylko litery.

Możesz być bardzo mocny w literze ewangelii, ale dopóki Chrystus nie zamieszka w tobie przez Ducha, będziesz mówić o ewangelii jedynie tak jak o historii, którą się opowiada. Poleganie na zwykłym intelektualnym uznaniu Pana nie jest niczym więcej, jak tylko religią własnego wysiłku, pomimo jej wielkiej gorliwości dla zdrowej doktryny. Słowa bez mocy są bezużyteczne. Jezus powiedział: „Słowa, które do was mówię, są duchem i życiem”. Biblia jest tylko literą, jeśli nie jest głoszona poprzez Ducha.

Chrześcijaństwa Nowego Testamentu nie da się urzeczywistnić przez samo nauczenie się i wyznawanie jego prawd. Uzdrowienie nie przychodzi przez samo mówienie, że Jego sińcami jesteśmy uzdrowieni. Chrześcijaństwo Nowego Testamentu nie jest rezultatem nauczania, lecz namaszczenia. Zwykłe słowo wyznania bez namaszczenia ma tylko jedno znaczenie i może zrobić dla kościoła tylko to. co zrobiło dla Izraela - wydało na świat faryzeuszy, hipokrytów i otworzyło drzwi tysiącom zasługujących na potępienie herezji.

Dumnie ufając w pozytywne nastawienie i prawidłowe wyznawanie Słowa, wierzący ludzie dzisiaj odłożyli na bok czystość serca i zwycięską modlitwę. Ślepo odrzucając duchową rzeczywistość i skłaniając się ku intelektualnemu pojmowaniu słów i opinii, człowiek wytworzył zielonoświątkową naukę chrześcijańską, którą można pojąć naturalnym umysłem i którą naturalny człowiek może praktykować. Jest to obrzydliwością dla Boga. Jest to tylko głoszona pod sztandarem Chrystusa religia tworząca pokolenie chrześcijan, którzy szczycą się z tego, kim są w Chrystusie, a których życie nie zostało zmienione.

Modlitwa do Boga w imieniu Jezusa jest istotą chrześcijaństwa. A mimo to taka modlitwa, jeśli jest zaprzeczeniem życia, będzie tylko smrodem w nozdrzach Boga. Jeśli chrześcijaństwo nie wpływa na zmianę życia człowieka, co w takim razie dla niego znaczy. Modlitwa jako dodatek do próżnego, pozbawionego rozumu życia jest absurdem. Takie postępowanie sprawia, że człowiek modli się jak chrześcijanin a żyje jak ateista. Nie możemy dopuszczać do zaniedbywania Słowa, a jednocześnie musimy strzec się polegania na literze, które pozbawione jest oczekiwania przez Ducha prawdziwego i żywego doświadczenia tego wszystkiego, co Słowo dla nas ma, jeśli chodzi o naszą wiarę. Jeśli wyobrażamy sobie, że obietnice Boże mogą się urzeczywistnić przez samo studiowanie i wyznawanie litery, to jesteśmy tak samo zwiedzeni jak Żydzi, kiedy Jezus powiedział do nich: „Badacie pisma, bo sądzicie, że w nich jest życie, ale one składają świadectwo o mnie”. Słowo Boże ma być we czci, gdy wykonuje swoją pracę, aby przyprowadzić nas do Boga - to znaczy ma wskazywać drogę. Ale moc Boża nie tkwi w greckiej lub hebrajskiej składni, lecz w ożywczym tchnieniu Ducha Świętego. „Gdyż ewangelia to nie słowo ale moc i działanie Ducha Świętego”. Błędem jest  przypisywanie mocy literze, podczas gdy Słowo Boże mówi nam, że jest ona w Duchu.

Intelektualne uchwycenie się Słowa Bożego nie może wyzwolić człowieka. „Nikt nie może zgłębić spraw Bożych jak tylko Duch Święty”. Bez inspiracji Ducha Świętego poznanie Pisma jest tylko jakimś wymysłem w umyśle człowieka. Takie intelektualne uwielbianie Pisma doprowadziło kościół do wiary w to, że cielesny
człowiek może stać się duchowy przez samo wyznawanie Słowa. Judasz Iskariot potrafił ciągle cytować słowa Chrystusa. Siedział z nim przy stole, uczestniczył w wieczerzy, patrzył w jego oczy, gdy ten czynił cuda, a mimo tego wszystkiego nie miał lepszego poznania Jezusa niż Poncjusz Piłat. Jakiego jeszcze dowodu potrzebujemy na to, że moc Boża nie tkwi w samym wypowiadaniu słów? Najlepszym dowodem jest człowiek śpiewający w kościele o swojej miłości do Jezusa, uczący się tak zwanej modlitwy na językach i zapierający się Jezusa w swoim życiu. Takie odszczepieństwo obojętność nie mogłoby mieć miejsca pod sztandarem Jezusa, gdybyśmy nie zaprzeczali Bożej mocy przez zwykłe uwielbienie dla litery.

Żaden człowiek nie może nazwać Jezusa Panem, chyba tylko w Duchu Świętym. Nic nie jest tak przeciwne temu stwierdzeniu jak panująca obecnie teologia „wyznaj a stanie ci się”, według której to puste, pozbawione mocy poznanie litery, ma być kluczem do Bożej mocy. Wówczas to już tylko ułuda, ciemność i śmierć opanują kościół. Królestwo Boże może panować tylko tam. gdzie każda inna moc, oprócz jego, przestaje istnieć. Boża wola może się wykonać tylko wtedy, gdy Duch. który jest źródłem tej woli w Bogu. sprawia pragnienie jego woli w nas. Dlatego właśnie moc, która otworzyła oczy ślepego, wzbudziła umarłego, oczyściła trędowatego i wypędzała demony była większa, znacznie większa, niż same słowa. Gorliwość oparta na literze nie jest w stanie zrobić z człowieka uczestnika boskiej natury. W rzeczywistości, tylko potwierdza ona jego upadły stan. Chełpienie się literą związuje go pustką i brakiem realności Ducha Świętego. Człowiek może być tak dumny ze swojej wiedzy, że Duch nie będzie mógł przekonać go o kiepskim stanie jego życia.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału – Mit samego wyznawania

piątek, 20 stycznia 2012

o Bogu, który czasami jest surowy

Józef dwadzieścia lat spędził w niewoli, z czego większość czasu w lochach więzienia. Izajasz był przepiłowany, Jeremiasz został wypędzony przez własnych rodziców a Piotr ukrzyżowany. Paweł większość swego chrześcijańskiego życia spędził w więzieniu. Szczepana ukamienowano, a Jana zesłano na wyspę Patmos. A wszystko to dlatego, że wykonywali Bożą wolę. Dlaczego? Świadectwo Pawła jest takie: „najchętniej  wiec chlubić się będę słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa. Dlatego mam upodobanie w słabościach, w zniewagach, w potrzebach, w prześladowaniach, w uciskach dla Chrystusa; albowiem kiedy jestem słaby, wtedy jestem mocny” (2Kor 12,9-10). „A chcę, bracia, abyście wiedzieli, że to. co mnie spotkało, posłużyło raczej ku rozkrzewieniu ewangelii” (Flp 1,12).

„Za wszystko dziękujcie” (1 Tes 5.18). Werset ten jest bardzo trudny dla tych. którzy ignorują werset zapisany w Rzymian 8.28: „A wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują”. Jeśli jestem w centrum woli Bożej, muszę wierzyć, że to co się dzieje, jest wolą Bożą. Jeśli nie chodzę w woli Bożej, wtedy wszystko co się dzieje, dzieje się za przyzwoleniem  Boga, aby z. powrotem doprowadzić mnie do pionu. W każdej sytuacji powinienem Bogu dziękować. Rodzice, którzy wzbraniają się przed karaniem dzieci tak jak powinni, zaniedbują je. „Jeśli znosicie karanie, to Bóg obchodzi się z wami jak z synami. A jeśli jesteście bez karania, które jest udziałem wszystkich, tedy jesteście dziećmi nieprawymi, a nic synami. Żadne karanie nie wydaje się chwilowo przyjemne, lecz bolesne, później jednak wydaje błogi owoc sprawiedliwości tym, którzy przez nie zostali wyćwiczeni” (Hebr 12,7-8,11). Bóg za bardzo nas kocha, aby dopuścić do naszej zguby. Dawid powiedział: „Zanim zostałem dotknięty nieszczęściem, zbłądziłem”.

Historia Biblii jest historią o Bogu, który czasami jest surowy w stosunku do swoich ludzi, zwłaszcza gdy są oni nieposłuszni. Posłał ich na pustynię, po której chodzili przez czterdzieści lat, ponieważ nie chcieli przejść przez rzekę, aby wejść do Ziemi Obiecanej. „Żaden z tych mężów, którzy widzieli moją chwałę i moje znaki, jakich dokonywałem w Egipcie i na pustyni, a oto już dziesięciokrotnie wystawiali mnie na próbę i nie słuchali mojego głosu, nie zobaczy ziemi, którą przysiągłem ich ojcom. Wasze trupy zaś legną na tej pustyni” (4 Mojż 14,22-23,32). Gdy Boży lud szemrał przeciwko Mojżeszowi i Aaronowi, fałszywie ich oskarżając, Bóg zesłał na nich plagę. „I rzekł Mojżesz do Aarona: Weź kadzielnicę, włóż w nią ogień z ołtarza, nasyp kadzidła i udaj się spiesznie do zboru, i dokonaj za nich przebłagania, gdyż Pan rozgniewał się i zaczęła się plaga.” (4 Mojż 17.11). Z powodu jednego aktu nieposłuszeństwa Mojżesz nie mógł wejść do Ziemi Obiecanej. „Nie mów już do mnie o tym, tylko wejdź na górę Pizga. i tam umrzesz” (5 Mojż 4,27). Dobroć i surowość Boża są doskonale zrównoważone. „Nauczyli się posłuszeństwa przez to. co wycierpieli”. (Hebr 5, 8)

Ten cichy głos. który sprawia, że chrześcijaństwo staje się szklarnianym doświadczeniem, zahamuje twój duchowy wzrost i pozostawi cię bezradnym w sytuacji kryzysowej. Kościół musi zrozumieć, że Bóg nie ma problemu z diabłem. On mógłby go umieścić w piekle już 6000 lat temu. Szatan jest na wolności tylko dlatego, że również on musi służyć Bożym celom. On jest narzędziem w rękach Boga. służącym zarówno do dyscyplinowania, jak i karania jego ludu. Bóg pozwolił, aby posłaniec szatana policzkował Pawła. „Bym się więc z nadzwyczajności objawień zbytnio nie wynosił, wbity został cierń w ciało moje. jakby posłaniec szatan, by mnie policzkował, abym się zbytnio nie wynosił” (2Kor 12.7). Szatan będzie przez całą wieczność dręczony faktem, że jego wysiłki zmierzające do zniszczenia Pawła w rzeczywistości przyczyniły się do jego uratowania.

Wymyślone przez ludzi teorie, głoszone jako prawda Ewangelii, spowodowały sytuację ekstremalną w kościele, która mówiąc skromnie jest zatrważająca. W naszym dostatnim świecie można przyciągnąć ludzi do kościoła dobrą muzyką i zatrzymać ich tam, jeśli nie będzie się mówić o surowej rzeczywistości życia. Jeżeli jesteś znany i obiecasz ludziom, że otrzymają osobiste proroctwo, które umocni ich ego. wierzący będą przychodzić gromadami. Nie będziesz jednak mógł nawet 10% wyciągnąć na spotkanie modlitewne. Nasz cielesny sposób zabierania się za Boże rzeczy zgadza się z tym, co David Wilkerson trafnie nazwał, pisząc o niektórych wierzących, że uważnie wszystko cedzą, a jednocześnie połykają herezje Rzymu bez najmniejszego śladu niestrawności. Trudno znaleźć jakiekolwiek prawdziwe duchowe rezultaty takiego zalecenia.

Cała ta cielesna manipulacja sprawami duchowymi tworzy dobry materiał na publikacje, ale niestety, nie zaludnia Królestwa Bożego. Tymi naszymi zabiegami, aby przyciągnąć ludzi do kościoła, oferując to, co im się podoba, sprawiliśmy, że choć dużo ich się pojawia, to znikają tak szybko, jak szybko się pojawili. Ucząc ludzi, bezpośrednio lub pośrednio, jak mówić na językach, zmuszając ich do szukania jedynie tego daru. piszemy raporty o tysiącach napełnionych Duchem. Jednak gdy serce nie zostanie zmienione, wtedy zarówno Bóg jak i każda uczciwa osoba wiedzą, że nie zostali oni napełnieni Duchem Bożym.

Emocje są poruszone poprzez cielesne użycie darów, ale kiedy wszystko się kończy, nie możesz znaleźć żadnego śladu prawdziwego cudu. Z drugiej strony spektrum, w niezbyt bogatych społecznościach, gdzie życie jest zmaganiem się, ból jest prawdziwy a diabeł to coś więcej niż tylko fantazja, kościół nigdy nie bierze pozorów za prawdę. Tacy ludzie nie mogą sobie pozwolić na luksus udawania. Świat nie potrzebuje, aby go uczyć śpiewu na tak zwanych językach. Świat potrzebuje Boga.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału – Wiele głosów

czwartek, 19 stycznia 2012

jeśli razem z Nim cierpimy

Z pewnością w modzie jest dzisiaj przesłanie Pawła, które mówi: „Na świecie jest takie mnóstwo dźwięków, ale żaden dźwięk nie jest bez znaczenia” (I Kor 14,10; wg Biblii Tysiąclecia). Z każdej strony wierzący spotykają się z nowymi sposobami podchodzenia do Boga i Jego przychylności. Wydaje się, że każdy nauczyciel i ewangelista wynalazł własną technikę jej przyjmowania i dobrze im idzie w przyciąganiu do niej innych.

„Jak dwoje może iść razem, jeśli się nie zgodzą” (Am 3,3) - ta zasada wydaje się być wyśmiewana. Ludzie w kościołach ewangelicznych odwrócili kryteria. Celem chrześcijanina nie jest już dłużej czystość serca i „upodobnianie się do Chrystusa” lecz „magia wiary”. Można długo słuchać nowych dźwięków ewangelii i nie usłyszeć ani słowa o świętości. Przesłanie nie ma uczynić mnie lepszym człowiekiem, ale lepszym dawcą. Jedyną rzeczą, co do której zgadzają się ci nowi przywódcy jest to, że zwycięska, czy też wytrwała modlitwa jest niepotrzebna. To co kiedyś było podstawą chrześcijaństwa, teraz stało się symbolem niewiary. Racjonalnym tego uzasadnieniem jest twierdzenie, że praca już została wykona. Po co się modlić?

Jedna z teorii, mająca duży posłuch, brzmi tak: Bóg nie ma nic wspólnego z tym, co bolesne lub przykre. Każda służba, która twierdzi, że Bóg jest autorem wszystkiego, co przykre i bolesne, oskarża Boga o złe czyny. Pewien ewangelista był wielce zaniepokojony tym, że obraz Boga Ojca zostanie zniszczony przez takie szarlataństwo. Zacytował człowieka, który niedawno miał wypadek samochodowy. Człowiek ten zaświadczył, że odpadł od Boga, ale otarcie się o śmierć sprawiło, że wrócił do niego. Ewangelista czuł, że to było obrazą dla Boga. Odpowiedział więc temu mężczyźnie: „Jeśli jeden wypadek samochodowy spowodował, że zacząłeś się modlić, to powinieneś prosić Boga o następny”. Rzecz w tym, że człowiek ten nie prosił o pierwszy wypadek.

W tej teorii nie ma nic nowego. My, Amerykanie, poświęciliśmy całe pokolenie dzieci teorii Dra Spocka, która to teoria pozwala dziecku na robienie wszystkiego, co mu się podoba. Uwierzyliśmy, że karanie dziecka jest dla niego szkodliwe. Nie ma znaczenia to, że Bóg powiedział: „Kto żałuje swojej rózgi, nienawidzi swojego syna, lecz  kto go kocha, karci go zawczasu”. Zza kazalnic ludzie krzyczeli do mikrofonów, że to nie leży w Bożym charakterze, aby jego dzieci doświadczały bólu. Mówili nam, że powodem, dla którego chorujemy lub doświadczamy bólu jest to, że źle wierzyliśmy. Po rozpoznaniu w nas choroby mówili nam. że dzięki pozytywnemu wyznawaniu wszystko wróci do normy. Takie nauczanie wytworzyło pokolenie chrześcijan, którzy usychają gdy tylko słońce mocniej przygrzeje. Nauczanie podkreślające „miłość Boga” bez „sprawiedliwości Boga” ostatecznie pozostawi ludzi bez nadziei w ich kryzysie.

Wielką tragedią jest, że w takim nauczaniu ignoruje się czystą prawdę Bożego Słowa. Mojżesz powiedział w Czwartej Księdze Mojżeszowej 17,11: „Bóg posłał plagę na ludzi”. W Pierwszej Księdze Królewskiej czytamy, że Bóg zamknął niebiosa na trzy i pół roku. Gdy Boży naród był już tak zepsuty, że sęp przelatując nad Jeruzalem musiał wstrzymać oddech. Bóg posłał Nabukadnesara, aby go ukarać. To Bóg był tym, który spowodował cały dramat w życiu Joba. „Czy widziałeś mojego sługę, Joba?”. Mimo milionów dolarów wydanych na przekonywanie wierzących, że ich problemy pochodzą z niewłaściwego używania słów i że Bóg nigdy nie używa niczego bolesnego, aby badać, poprawiać czy karać własne dzieci, wszystko to okazuje się być farsą, gdy czyta się w Biblii o Józefie w lochach Egiptu, o Pawle policzkowanym przez posłańca szatana, o Janie na wyspie Patmos, o kamienowanym Szczepanie i o wielu innych, co zginęli śmiercią męczeńską dla Chrystusa. Zdanie: „Jeśli razem z nim cierpimy, razem z nim też królować będziemy” jest tak samo częścią Ewangelii jak zdanie: „bom Ja, Pan, twój lekarz” (2M 15,26).

Ból, chociaż go nie lubimy, jest wciąż najlepszym przyjacielem, jakie nasze ciało może mieć. Ból jest sygnałem ostrzegawczym komunikującym nam, że coś złego się dzieje. Dotknij czegoś gorącego, a reakcja będzie natychmiastowa. Gdybyś nie mógł odczuwać, straciłbyś rękę, ramię itp. W taki sam sposób trudności są najlepszym przyjacielem, jakiego Boże dzieci mogą mieć. Sama natura ludzkiego serca jest podstępna. Tylko Bóg wie, ile jest milionów ludzi, którzy wierzą, że wszystko jest dobrze, a mimo to są tak daleko od Boga. Bardzo trudno do nich dotrzeć przy pomocy fałszywej Ewangelii, która uczy dziś. że duchowe powodzenie  można  mierzyć naturalnym bogactwem i dobrym zdrowiem.

Karol Marx, założyciel komunizmu, powiedział: „religia jest opium dla ludu”. Jeśli mogą określić swoje stanowisko, to jest to jedyna rzecz, w której się z nim zgodzą. „Dawna religia”, która wzywała ludzi do pokuty, do poświęcenia i modlitwy nie była opium, lecz przebudziła ludzi. Jednak trzeciorzędna nauka chrześcijańska głoszona dziś w imieniu pentekostalizmu sprawiła, że ponad dziewięćdziesiąt procent tak zwanego napełnionego Duchem kościoła nie jest gotowa na przyjście Pana.

Czytając historie o Bożych ludziach, o tym, jak byli więzieni, bici, niewłaściwie rozumiani, jak rozbijały się z nimi statki, i jakiego rodzaju śmierć większości z nich zadano, widzę tylko trzy rzeczy, w które mogę uwierzyć. 1. Te rzeczy zdarzały się im za Bożym przyzwoleniem.  2. Nie byli w centrum woli Bożej. 3. Szatan jest mocniejszy niż Bóg. Osobiście wierzę, że ci ludzie byli w samym środku woli Bożej. Muszę zatem wierzyć, że cokolwiek im się przydarzyło, było to Boża wolą i Bóg dopuścił do tego. Nie wzywam tutaj do pasywności. Chodzić w woli Bożej oznacza poddawać się Bogu i sprzeciwiać diabłu. Możesz być pewien, że ludzie ci byli poddani Bogu i naprawdę sprzeciwiali się diabłu, ale problem pojawił się tak czy inaczej. Paweł trzy razy modlił się, aby Bóg uwolnił go od tego posłańca szatana, lecz Bóg odpowiedział: „Moja łaska wystarczy".

W obecnych dniach mówi się. że Bogu nie można służyć w trudnych okolicznościach. Pewien wielki kaznodzieja odczuwał prowadzenie, aby podczas swego zwiastowania śpiewać. Zaczął więc śpiewać: „Niektórzy przez ogień, niektórzy przez potop, niektórzy przez wodę, ale wszyscy przez krew”. Niektórzy tak się zaniepokoili, że przerwali mu mówiąc, iż Bóg nigdy nie poprowadziłby swoich dzieci przez ogień. Takie przekonanie, nie mające podstaw w Biblii, albo stawia apostoła Pawła poza wolą Bożą, albo musimy przyznać, że szatan ma więcej mocy niż Bóg.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału – Wiele głosów

środa, 18 stycznia 2012

kościół napełnia się ludźmi religijnymi lecz zgubionymi

Co więc robi człowiek? Wymyśla rzeczy nadprzyrodzone. Wiedząc, że publiczność usilnie pragnie zobaczyć cud. mistrz, tak jak wielki skrzypek, może zagrać na jej emocjach i w cielesny sposób posłużyć się drogocennymi darami Bożymi. Program zazwyczaj rozpoczyna się rozpoznaniem kilku wewnętrznych dolegliwości (wydaje się. że dar nigdy nie koncentruje się na niewidomych, głuchych, czy innych widocznych na zewnątrz chorobach). Następnie przechodzi się szybko do nauczania, jak śpiewać na językach i w końcu przez dwadzieścia minut mówi się ludziom, jak mają padać, gdy się o nich modli. Dla mnie osobiście, najbardziej przerażającą rzeczą jest uczenie ludzi śpiewu na językach ; Bóg powiedział „Olej aptekarza nie miał być wylewany na obcego (nie zbawioną osobę) ani na ciało”. Święty olej namaszczenia jest prawdziwym symbolem Ducha Świętego. W nauczaniu ludzi śpiewu na językach uczestniczą nawet bezbożni. Dawanie do zrozumienia, że ludzie cieleśni i bezbożni mogą dowolnie używać drogocennego Ducha Świętego, musi graniczyć z bluźnierstwem.

Te dary są prawdziwe i one będą działać, lecz 2 Kor 12 bardzo jasno mówi, że są one manifestacją Ducha Świętego. On używa ich tak, jak chce. Nie można ich włączać i wyłączać jak kran z wodą. Jeśli człowiek może używać daru języków jak chce. to dlaczego nie może w ten sam sposób używać daru cudów. Oba te dary są udzielane przez tego samego Ducha. Jeśli możesz mówić językami, kiedy chcesz, to powinieneś też móc dokonać cudu kiedy tylko będziesz tego chciał.

Bóg mówi nam, że mamy badać duchy. W dzisiejszych czasach, jeśli masz jakieś pytania dotyczące tego działania, jesteś napiętnowany jako sceptyk. Ale prawda jest taka, że możesz nigdy w nic nie uwierzyć, jeśli najpierw uczciwie nie będziesz w to wątpił. Nigdy niczego nie badamy, jeśli nie mamy jakichś pytań. Ludzie, którzy przyjmują każdą doktrynę i modę na religię, zazwyczaj są jak rozbitkowie na statku. Sprawdzianem wszystkich duchowych darów jest to, czy one działają. Jedynym powodem, dla którego Bóg objawiłby komuś, że jesteś chory, byłoby to, że chce cię uzdrowić. Jeśli nie zostałeś uzdrowiony. Boga w tym nie było. Bóg się nami nie bawi. On poważnie to wszystko traktuje.

Moja córka urodziła się z dwiema naroślami na szyi. Zanim skończyła trzy latka, były one wielkości śliwki. Nie muszę dodawać, że nieprzyjaciel dręczył nas dzień i noc. Modliliśmy się, wyznawaliśmy, ale narośle ciągle tam były i dalej rosły. Gdy skończyła trzy latka, dowiedzieliśmy się, że pewien Boży człowiek, imieniem William Branham, [miało to miejsce przed 1960 r.] miał przyjechać do Shreveport na jeden wieczór. To było ponad 500 mil od naszego domu. ale byliśmy zdeterminowani, aby zabrać tam naszą córkę. Wyjeżdżając bardzo wcześnie rano dotarliśmy do kościoła w Shreveport około czwartej po południu, kościół już się zapełniał. Weszliśmy, zajęliśmy miejsca i czekaliśmy ponad trzy godziny aż rozpocznie się nabożeństwo.

Gdy ten Boży człowiek wszedł za kazalnicę, moja córka spała na kolanach żony, więc z pewnością nie mógł jej widzieć. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy ewangelisty, tylko czytaliśmy o tej służbie. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział, skierowane były do mojej żony. Wskazał ją  i powiedział: „Widzę słup ognia nad twoją głową i Bóg pokazuje mi, że masz córkę. Nie wiem. gdzie ona jest, ale wiem, że od urodzenia ma na szyi narośle. Uwierz Bogu, wszystko jest w porządku”. Chwyciłem swoje dziecko z kolan żony i zanim je podniosłem, narośli już nie było. Moja córka ma teraz 28 lat i te narośle nigdy już się nie pojawiły. Wierzę w takie dary. Są one prawdziwe i są one dla nas dzisiaj. Ale one są duchowe i nie można nimi manipulować cielesnym, religijnym umysłem. Gdy dwadzieścia siedem lat temu po raz pierwszy narodziłem się na nowo, zza zielonoświątkowej kazalnicy bito na alarm, że ‘nowe narodzenie’ jest redukowane do zwykłego wyznania wiary bez prawdziwego doświadczenia. Ostrzegano, że kościół napełnia się ludźmi religijnymi lecz zgubionymi. To ostrzeżenie padło na niepodatny grunt. Duchowni gonili za sukcesem a „Głos Proroka” nie docierał do ich uszu, tak jak nie docierał do Izraela. Rezultaty są takie same. Większość tak zwanego kościoła już nie rozpoznaje dzisiaj Zbawiciela, tak jak Żydzi, kiedy przyszedł On do nich pierwszy raz.

Ten sam zjadliwy duch, który sprowadził 'nowe narodzenie' do zwykłego uściśnięcia ręki, posunął się dalej, aby istniejącą modlitwę, chrzest w Duchu Świętym i Boże uzdrowienie sprowadzić do samych słów. Jezus nie jest już dłużej prawdziwym Panem Kościoła. Jego rola jest podobna to tej, jaką pełni królowa Anglii - czysto symboliczna. Kościół jest ślepy na rzeczywistość, pozory bierze za prawdę. Tak jak w dniach Izajasza, chce słyszeć rzeczy, które łechcą ucho.

Zwycięska modlitwa.  Marcin Luter, John Wesley. Charles Finney i wszyscy wielcy ewangeliści dawnych czasów przewróciliby się w grobie, gdyby usłyszeli głos dochodzący z kazalnic dzisiejszego kościoła. Frontowy atak rozpoczął się od największych ewangelistów  w Ameryce. Nie był to atak przeciwko grzechowi, ale przeciwko zwycięskiej modlitwie. To co przez wieki uznawane było za prawdziwą oznakę duchowości, stało się teraz oznaką niewiary.  „Nowa Ewangelizacja”, tak jak nowa moralność, wytyczyła drogę, która prowadzi na krawędź katastrofy (lub do katastrofy). „Jeśli dwa razy modlisz się o tę samą rzecz, to ten drugi raz był w niewierze”  -  tak mówią zwolennicy nowego kultu. Ponieważ nie wymaga to żadnej dyscypliny ani ofiary, ludzie kupują to hurtowo. „Ludzie powinni zawsze się modlić”.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału - Miedzy nami

wtorek, 17 stycznia 2012

głoś Słowo, karć, grom, napominaj

Patrząc na historię możemy zauważyć, że każda większa zmiana, czy to dobra czy zła, była wprowadzana przez kilka oddanych osób. Prawie sto lat temu czterdzieści osób zebrało się razem i ukartowało światową rewolucję. W obecnych czasach rewolucja ta, znana jako komunizm, opanowała dwie trzecie świata i ma ogromny wpływ na pozostałą jedną trzecią. Każde masowe poruszenie w historii zaczynało się jedynie od garstki ludzi.

Czas na takie masowe poruszenie w kręgach chrześcijańskich, w dziedzinie czystości, od dawna się odwleka. Na własne oczy widzieliśmy, jak mnóstwo ludzi było zaangażowanych w sprawy Boże. Nie można temu zaprzeczyć. Lecz przy całym tym zaangażowaniu w rzeczy duchowe nie zostały przedstawione przez usługujących zasady, według których chrześcijanie mają żyć. W naszym pośpiechu w zaludnianiu Królestwa nie potrafiliśmy rozróżnić między tym, co czyste, a tym. co nieczyste i niegodziwe.

Jedyną odpowiedzialnością, jaką usługujący chcą dziś na siebie wziąć, jest doprowadzenie własnych zwolenników do wyznania wiary. A potem to niech już sam Bóg rozprawi się z dyscypliną w ich życiu. To oczywiście jest całkowitą ignorancją Słowa Bożego, które nakazuje: „Głoś Słowo, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem” (2 Tym. 4,2), a w innym fragmencie mówi:  „A jak usłyszeć, jeśli nie ma tego, który zwiastuje” (Rzym. 10,14). Bóg nie ma innego głosu oprócz naszego. Jeśli my nie będziemy mówić, ludzie nie usłyszą.

Nigdy nie było większej potrzeby ani bardziej stosownego czasu, aby na tej religijnej pustyni powstał głos. Kult „Pozytywnego Myślenia”, który tak trzyma się kościoła, zostanie wkrótce obnażony i nazwany tym, czym naprawdę jest - pustym złudzeniem, tak trudnym do osiągnięcia jak trudne jest poznanie Boga. Krótka obserwacja własnego kościoła wykaże, że samo wyznawanie nie pomoże nikomu, chyba tylko ewangeliście. W twoim kościele na środkach uspokajających żyje tyle samo osób. co w świecie. Szpitale pełne są ludzi  wyznających, że sińcami Jezusa są uzdrowieni, a psychiatra bogaci się lecząc rozstrojonych nerwowo, którzy wyznają, że mają pokój Boży.

Nie jestem wichrzycielem i wiem, że to, co piszę, nie przysporzy mi popularności. Jednak wierność Słowu Bożemu wymaga, żebym mówił. Tylko prawda wyzwala ludzi. Wiele kazalnic i spora część fal radiowych w tym kraju zostało przejętych przez ludzi, którzy głęboko przestudiowali temat natury ludzkiej i sposobu odwoływania się do niej. Takie studiowanie wytworzyło w ludziach umiejętność przekonywania z dużym naciskiem, dzięki czemu każdego miesiąca są w stanie sprzedać ci każdy proszek. Odwoływanie się do ludzkiej natury dotyczy jej samolubstwa. Rezultatem takiej bezbożnej praktyki jest forma chrześcijaństwa oparta na różnego rodzaju fortelach, wybiegach, sloganach, fałszywych żądaniach, udawanych cudach i w dodatku bez żadnego przekonania.

Gdybyśmy uczciwie zastosowali Bożą zasadę, „Jeśli to nie jest z Boga. wniwecz się obróci”, wystarczyłoby popatrzeć tylko na ostatnie wydarzenia z przeszłości, aby zobaczyć ile z naszych pomysłów obróciło się wniwecz. Jedną z ostatnich fanaberii, które muszą umrzeć, było zabawianie się w wydłużanie nóg. Przez jakiś czas nie można nawet było pójść na spotkanie, na którym ktoś nie rozpoznałby, że jedna z twoich nóg jest centymetr lub dwa krótsza od drugiej. Był taki jeden wielki ewangelista, który chciał mnie nauczyć, jak przeprowadzić taki cud (?). Na każdym spotkaniu mogłeś być pewny, że zobaczysz kilka takich wyczynów, ale dzisiaj tego wszystkiego już nie ma. Pozostały już tylko pogłoski. A dlaczego? Bo to nie było z Boga. Studiując ludzką naturę można stwierdzić, że jednym z podstawowych pragnień człowieka jest pragnienie rzeczy nadprzyrodzonych. Wrodzonym pragnieniem serca człowieka jest widzieć dzieła Boga. Dzisiejsza religia raczej nie zapłaci ceny za to, co prawdziwe. „Jeśli ktoś chce być moim uczniem, niech się zaprze samego siebie” - to zbyt wiele.

fragment z książki - „Droga z pozoru właściwa” z rozdziału - Miedzy nami

poniedziałek, 16 stycznia 2012

droga z pozoru właściwa - wprowadzenie

„Niejedna droga zda się człowiekowi prosta, lecz w końcu prowadzi do śmierci.”(Ks. Przysłów 14:11-12 )

[Pozostawiamy na jakiś czas publikowanie fragmentów z podręcznika Szkoła Chrystusa. Teraz chciałbym zaprezentować kolejną książkę pastora Clendennena pt „Droga z pozoru właściwa.” W Polsce jest to prawdopodobnie najbardziej znana i czytana pozycja. Pastor Clendennen w wielu miejscach mówił o kryzysie kościoła i o potrzebie odnowy przesłania Pięćdziesiątnicy. W wielu miejscach podawał drogi wyjścia z tego stanu. Pisał o „świętym niezadowoleniu”. Kiedy zagłębimy się w lekturę „Drogi” wielu z nas ogarnie owo „święte niezadowolenie” czy paląca, zżerająca żarliwość o smutny stan współczesnego chrześcijaństwa. Chciałbym aby po pierwsze Duch Święty wzbudził w nas osobiście, w  każdym z nas z osobna to „święte niezadowolenie”.  by pokazał co musimy, ja i Ty  jeszcze zrobić, aby być tym świętym, użytecznym i oczyszczonym naczyniem w Bożych rękach. Aby być na dobrej, właściwej drodze. Duch Święty niech porusza nas dogłębnie, jeżeli jest taka potrzeba niech zadaje kłujące uszy pytania, i niech nigdy nie ustaje w swojej „kłująco niewygodnej” służbie dopóki nie wyznamy, że obróciliśmy swoją religię w coś martwego,  bezwartościowego i  że potrzebujemy, i jest to potrzeba żebracza, Bożej odnowy w nas, w naszych rodzinach i  w naszych zborach czy kościołach. Zachęcam do czytania fragmentów tej wartościowej pozycji i głębokich poważnych rozważań. Ta książka dostarczy Tobie wielu tematów do modlitwy.]

Bert Clendennen
„Droga z pozoru właściwa”

Wprowadzenie


Przesłanie tej książki, bez wątpienia, rozzłości wielu. Jej język jest śmiały, ale taki miał być. Nasz umysł musi się przebudzić. Kościół zaakceptował to, co jest nie do zaakceptowania i Bóg jest zagniewany. Biorąc pozory za prawdę uwierzyliśmy, że przebudzenie ogarnie całą ziemię. Pośród tego wstydu i zamieszania musi powstać głos, który oddzieli to, co prawdziwe, od tego, co jest tylko fantazją, i rozprawi się z zamieszaniem wokół pogaństwa i nauki chrześcijańskiej, które doprowadziło Bożych ludzi do bezsilności. Moją modlitwą jest, aby książka ta stała się właśnie takim głosem.

Zanim całkiem się rozzłościsz, przeczytaj całą książkę i pozwól, aby przemówiła do twojego serca. A nade wszystko, myśl, gdy będziesz ją czytał. Chociaż rzuci ona wyzwanie niektórym z twoich ulubionych przekonań, miej przynajmniej odwagę, by być obiektywnym. Kiedy na przykład przeczytasz, że więcej mówimy o cudach, a widzimy ich mniej niż ktokolwiek inny w historii, nie odrzucaj tego, dopóki nie zadasz sobie pytania: „Ile prawdziwych cudów widziałem?”. Gdy mówię o prawdziwych cudach, nie mówię o psychologicznej grze polegającej na pstrykaniu palcami koło ucha głuchej osoby, poruszaniu palcem przed niewidomym, uczeniu głuchoniemego czytania z ust, mówienia ba ba. lub ciągnięciu kaleki przed zgromadzeniem. Mówię o człowieku kalekim, który nagle wstaje na nogi w imieniu Pana, o niewidomym, który krzyczy, że widzi, o głuchym, który zdziwiony jest, że słyszy.

Niech Bóg Wszechmocny uzdrowi kalekę, a nie będziesz musiał go podtrzymywać. Będzie skakał, krzyczał i biegał. Niech Bóg uzdrowi głuchoniemego a nie będzie tam stał z przytępionym spojrzeniem w swoich oczach, gdy ewangelista będzie krzyczał. To on będzie krzyczał. Niech Bóg otworzy oczy niewidomej osoby a cała społeczność to zobaczy. Bóg chce objawiać się jako mocny Bóg, ale On nigdy tego nie zrobi, jeśli my nie rozprawimy się z duchem imitacji, który wypełnił kościół. Wiem, że widzimy prawdziwe cuda raz na jakiś czas, ale to jest nic w porównaniu z tym, co Bóg chce czynić. Pozwólcie, że jeszcze raz zachęcę was do myślenia, do bycia obiektywnymi. Jezus powiedział, że Duch Święty, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu (J 16,8). To oznacza dokładnie to. Kiedy przyjdzie przebudzenie, będzie ono miało zdecydowany wpływ na moralność społeczeństwa, w którym się pojawi. Nie każdy będzie zbawiony, ale Boże życie przepływające przez przebudzony Kościół powstrzyma zło w narodzie. Przebudzenie naszych czasów nie tylko nie powstrzymało tego zła, ale w większości nawet nie zmieniło tych, którzy uważają się za jego część. Miliony ludzi w Ameryce, którzy twierdzą, że zostali napełnieni Duchem Świętym, są pogrążeni w bałwochwalstwie. Nie przeszkadza im picie alkoholu, palenie, tańczenie itp. Gwiazdy Nashville i Hollywood są narodowymi bohaterami dzisiejszego przebudzenia. Te supergwiazdy mówią innymi językami i śpiewają na niedzielnych nabożeństwach, a w poniedziałek bawią się w Las Vegas. Moi przyjaciele, tak być nie powinno.

Efekt tak zwanego przebudzenia w życiu tego narodu jest zerowy. W rzeczywistości, jak czytamy w lutowym wydaniu Newsweeka. audycje radiowe na temat przebudzenia nie przyniosły rezultatu. W raporcie czytamy, że według badań przeprowadzonych w 1955 roku, 75 % wszystkich Amerykanów twierdziło, iż religia stanowi znaczącą część ich życia. To samo badanie przeprowadzone w roku 1979 pokazuje, że tylko 50 % w to wierzy. Przy całej naszej religijnej aktywności, naród ugrzązł w moralnym kryzysie nieporównywalnym w całej jego historii. Mimo naszych wszystkich nadętych statystyk, w żywe doświadczenie religijne wierzy dziś 25 % ludzi mniej niż 24 lata temu.

Kościół, w swoim pośpiechu, aby dopasować każdego i wszystko, stworzył mieszaninę, która z pewnością wywołuje obrzydzenie w sercu Boga. Katolicyzm ze swoim bałwochwalstwem, modernizm ze swoim niedowiarstwem i ruch „New Evangelism”  bez prawości zjednoczyły się tworząc współczesny Babilon, a ten biedny, oszukany naród nazywa to przebudzeniem. Charyzmatyczny katolicyzm nie zmienił natury nierządnego kościoła, ale jego jedność z protestantyzmem uciszyła głos, który niegdyś wynosił na światło dzienne jego duchowe wszeteczeństwo. Zadziwia mnie, że nasze oczy pozostają suche, gdy oglądamy schyłek i upadek zachodniej cywilizacji. Ameryka, poza drzwiami kościoła, zmierza do piekła. Jej kościoły w większości głoszą boga. który nie istnieje. Głoszą boga, którego sprawiedliwość nie jest taka sama, którego gniew został zahamowany, który może patrzeć na grzech, przymykać oczy na niegodziwość i akceptować bałwochwalstwo. Taki bóg nie istnieje, a ci, którzy go wielbią, winni są grzechu bałwochwalstwa.

Na koniec pozwólcie, że powiem jeszcze jedną rzecz. Nie piszę tego ze złośliwości, lecz ze złamanego serca. Zbadałem dowody i stwierdziłem, że nasze pokolenie doświadczyło więcej odstępstwa niż przebudzenia. Głosząc zbawienie bez pokuty, niebo bez piekła, członkostwo w kościele bez duchowego odrodzenia i chrzest w Duchu Świętym bez nowego narodzenia zapełniliśmy kościół ludźmi nie zbawionymi. Podczas gdy kościół zapełniał swe ławki nie zbawionymi i nazywał to przebudzeniem, jedna osoba na siedem w tym kraju stała się homoseksualistą. Przynajmniej jedno większe miasto zostało ogłoszone terenem klęski, ponieważ jedna osoba na trzy cierpiała na chorobę weneryczną. Gdy duchowni ruchu „New Evangelism” mówili o wielkim przebudzeniu, które obejmie cały kraj, rząd sponsorował reklamy telewizyjne, a radio podawało, że każdego dnia 30000 ludzi staje się ofiarami chorób wenerycznych. Gdy powszechnie mówiono, że wszystko jest dobrze, cztery małżeństwa na dziesięć kończyły się rozwodem.

Czy muszę mówić więcej? Czegoś tu brakuje, i jeśli chcemy przetrwać, to lepiej znajdźmy, co to jest.

fragment z książki pt „Droga z pozoru właściwa”

piątek, 13 stycznia 2012

A1 - luźne rozważania na temat współczesnego chrześcijaństwa

[W podręczniku „Szkoła Chrystusa” istnieje szereg luźnych myśli pastora Clendennena odnoszących się do takich zagadnień jak ruch wiary, współczesna muzyka w kościele, zagadnienie ekumenizmu, kwestia ogromu zwiedzeń zalewających dzisiejszy kościół, czy też niemoralność i nieprawość w życiu chrześcijan.  Myślę, że w toczącej się obecnie dyskusji, na te wszystkie ważne tematy, ten głos też jest ważny i powinno się go wziąć na poważnie pod uwagę. Jak już pisałem, pastor Clendennen kieruje swoje przesłanie do kościoła zielonoświątkowego. Cenię go za tą szczerość, a także za to, że nie ocenia ludzi z imienia i nazwiska tylko stara się koncentrować na problemie. W mojej opinii wszyscy jesteśmy zielonoświątkowcami, gdyż początkiem kościoła była Pięćdziesiątnica. Dlatego chciejmy te wszystkie napomnienia rozważyć niezależnie od przynależności organizacyjnej, w tym czy innym kościele. Przy okazji ponawiam swoja prośbę -  podziel się  ze mną swoimi przemyśleniami na poruszane na blogu tematy; mój e-mail - aolsza1963(at)gmail.com AO]

„Miejsce, w którym odrzucono Chrystusa stało się sceną na której wyobrażenie  fałszywego kościoła przedstawia się w najbardziej intensywny sposób. Gdy człowiek bez kierownictwa Ducha Świętego wtrąca się w rzeczy Boże, czy to w myślach, intelekcie, rozumowaniu czy uczuciach, efektem tego będzie śmierć, rozłam, zdezorientowanie i sprzeczność. Dlatego to co ludzkie, musi odejść. Chrystus, niebiański Człowiek, musi być  głową kościoła. Duch Święty musi sprawować rządy. Chrystus nie powróci po mieszaninę Katolicyzmu i Protestantyzmu. Bóg ponad wszystko nienawidzi mieszanin.

środa, 11 stycznia 2012

zamysł ciała jest wrogi Bogu

Czy chodzenie do teatru jest złe? Nie jest bardziej złe, niż dla Bunyana było pójście do więzienia w Bedford, jeżeli idziesz tam wbrew swojej woli a twoje serce za tym nie podąża. Śmierć jest w cielesnym umyśle, który chce tam iść. Jeżeli masz siedzieć w kościele, a myśleć o teatrze, to może lepiej tam pójść. Jesteś martwy. Cielesny umysł, to śmierć. Sala balowa nie zaszkodzi, ale pragnienie, by tam pójść, to śmierć. Jestem bardzo zadowolony, że Bóg nie pozostawił człowiekowi takiemu jak ja ustalania stopnia zła, jakie jest w cielesnym umyśle. Dobrzy ludzie różnią się i spierają, czy w tym jest w ogóle jakieś zło i najlepsi z ludzi z trudnością zdają sobie sprawę, jak śmiertelny jest taki pomysł. Bóg oświadczył, że zamysł cielesny zawsze jest śmiertelny, gdziekolwiek on jest, i czy jest on najbardziej rozwiązłe czy nie. To jest śmierć.

Cielesny umysł, to śmierć dla wszelkiej miłości Bożej w sercu. Tu dochodzimy do podstawy naszego rozważania. Bóg powiedział, „zamysł ciała jest wrogi Bogu” (Rzym 8:7). Zamysł ciała to dusza i duch nienawidzący Boga. Cokolwiek cielesny umysł potrafi, nie może jednak miłować Boga. Może być religijny, może sprzeczać się na temat religii i często to robi. Jednak przy tym wszystkim nie może kochać Boga. Tak samo cielesny umysł, jest martwy dla prawdziwej radości w Panu. Popatrzcie na akcje socjalne, w których prawdziwa radość w Panu jest odsunięta na bok. Zielonoświątkowcy cytują Biblię, „nie smućcie się, wszak radość z Pana [inne tłumaczenia Radość Pana] jest waszą ostoją” (Nehemiasz 8:10) tak często, jak i inne miejsca. Za radość uważają tańczenie i bieganie [a nawet chodzenie jak psy na smyczy czy pianie jak koguty]. Wierzę, że nie robią to ludzie duchowi. Owszem w górnej izbie, [podczas Pięćdziesiątnicy],  byli tak radośni, że ludzie uważali ich za pijanych. Jednak radość, o której mówi  księga Nehemiasza jest radością, którą Bóg ma z naszej służby dla Niego. Kiedy Nehemiasz to mówił, patrzył na zburzone mury, spalone bramy i z ludzkiego punktu widzenia spustoszenie nie do odrobienia. Siła przychodzi do nas, kiedy dostarczamy Bogu radości. Cielesny umysł jest śmiercią. Dlatego, że cielesność nie chce cierpieć za nic. Bóg mówi, „Wykrzykujcie z głosem triumfu”. Cielesny umysł to uciszy. Kiedy Pan nas prowadzi i kiedy idziemy za Nim, przynosimy Bogu radość. Z tego wypływa radość dla mnie. Dlatego Bóg mówi „skaczcie z radości”. Radość pochodzi ze świadomości, że wypełniam wolę Bożą, a nie z tego, że wszystko idzie dobrze. Jedyna radość, jaką może mieć cielesny zmysł jest wtedy, kiedy wszystko  idzie tak, jak Bóg chce. Prawdziwa radość Boża przychodzi, kiedy wiem, że wszystko idzie tak, jak chce Bóg. Cielesny umysł to śmierć dla wszelkiej użyteczności w kościele. Stosując słowo użyteczność w sensie duchowym, mam na myśli użyteczność która przynosi chwałę Bogu. Niższa forma użyteczności wymaga cielesnego umysłu. Cielesny umysł, to śmierć dla wszelkiej użyteczności w kościele. Być może ciernie mogą rodzić figi, a osty winogrona, ale duchowa użyteczność nigdy nie zrodzi się w umyśle cielesnym. Z tego nigdy nie wyjdzie nic innego jak tylko śmierć. Dzisiaj w kościele jest tyle cielesności - programy ludzkie, pomysły, sztuczki cyrkowe. Wszystkie te głupoty, które człowiek wprowadził do kościoła, są produktem cielesnego umysłu i nie dają kościołowi nic innego, tylko śmierć „zamysł Ducha, to życie i pokój.” (Rzym. 8:6).

Duchowy zmysł uzupełnia naszą jedność z Nim, czyli z życiem. Tam musi być życie. Gdybyście położyli jedną rękę na moim sercu, a drugą na moim nadgarstku, stwierdzilibyście, że serce bije tak samo. Policzcie uderzenia serca tu i okaże się, że na nadgarstku jest ich tyle samo. Jeżeli jedno zwolni, drugie też. Połączenie jest dokonane przez arterie, przez które przepływa życie. Można złamać rękę w kilku miejscach, ale póki żyła nie jest zerwana, puls będzie nadal wszędzie taki sam. Połóżcie jedną rękę na sercu człowieka duchowego, a drugą na sercu naszego Zbawiciela i puls będzie taki sam. Jeden jest na tronie w Niebie, a drugi w zawieruchach na ziemi, ale połączenie jest stałe i ani odległość, ani zawieruchy nie mogą zmienić bicia tego serca. Tysiąc demonów może maszerować między nami, a życiem, którym jest Chrystus i puls nie osłabnie.

Teraz kwestia pokoju. Jak może być inaczej, kiedy serce tętni na łonie „Księcia Pokoju?” Czy możemy być niespokojni, kiedy On mówi, „Mój pokój daję wam. Te rzeczy powiedziałem wam, byście we mnie pokój mieli”. „Niech się nie trwoży serce wasze i niech się nie lęka”. Nie mogę inaczej, tylko mieć pokój. Bez względu na sytuację i na to co mnie spotyka, jeżeli nie pozwolę na zerwanie tego połączenia, to zwyciężał będzie zawsze pokój. Będzie on zwyciężał w każdej okoliczności życia. Na koniec, co zrobić z cielesnym umysłem? Zaprzeć się go? Lepiej z tym uważajcie! Kapitan pechowego statku wiele lat temu był tak pewny o bezpieczeństwo, że poszedł do swojej kabiny i zasnął o dziesiątej wieczorem, nie znając swojego położenia. W ciągu mniej, niż godziny osiadł na mieliźnie. Co zrobić z cielesnym zmysłem? Ograniczyć go? Jak można ograniczyć błyskawicę! Czy można ją ujarzmić? Wiedzcie, że „Każde zwierzę, ptaka, węża i stworzenia morskie można ujarzmić, ale umysłu cielesnego nikt nie może ujarzmić.” Co więc zrobicie z tym umysłem? Podporządkujecie go? „Nie poddaje się bowiem zakonowi Bożemu, bo też me może.” (Rzym. 8:7).

Tu dochodzimy znowu do fundamentu. Miliony ludzi próbowało eksperymentów z podporządkowaniem umysłu, ale to oni sami zostali podporządkowani. Będzie to panować nad wami aż do grobu, jeżeli nie wciągnie was ostatecznie do piekła. Jest tylko jedna odpowiedź, należy to zniszczyć. To musi być zgładzone. Możecie marzyć o ujarzmieniu cielesnego umysłu, ale jest to wciąż to samo stare marzenie i będzie zawsze tak samo ponownie się budzić. Powiecie, że to twarda Ewangelia. Ja wam mówię, że to jest niewymownie chwalebna Ewangelia aż do złamania ostatniego ogniwa, aby człowiek chodził po ziemi, w całkowitej wolności. To jest wszystko, czego chcę i to jest minimum tego co Bóg obiecał. Musisz zniszczyć zamysł cielesny. Być cieleśnie usposobiony, to śmierć. Kamień probierczy z Rzymian 8:5 – 7  mówi wam czym jesteście. Zastosujcie to.

„Szkoła Chrystusa” - cykl Przebudzenie z rozdziału – Kamień probierczy 

wtorek, 10 stycznia 2012

kamień probierczy

Wszelka praca Boża z nami, od czasu, kiedy weszliśmy do królestwa Bożego polega na tym aby nas przenieść z tego, co cielesne, do tego, co duchowe. Uświęcenie, to zastąpienie jednego życia drugim. To jest znaczenie upodobnienia się do obrazu Chrystusa. To Bóg zabierający od nas starą naturę, która została ukrzyżowana z Chrystusem, ale ciągle jeszcze podnosi głowę. Rzymian 8:5 mówi, „Bo ci, którzy żyją według ciała, myślą o tym, co cielesne; ci zaś, którzy żyję według Ducha, o tym, co duchowe.”

Wiara, to naśladowanie Jezusa. Wiara jest tym, w co wierzysz i wiara zawsze powstaje i funkcjonuje w odpowiednich warunkach. Bez wiary me można podobać się Bogu, ale ta wiara zawsze powstaje automatycznie we właściwych warunkach. Mówimy o kamieniu probierczym . Kamień probierczy to twardy, czarny kamień, który w starożytności używany był do sprawdzania czystości metali szlachetnych. Dzisiaj mamy lepsze metody sprawdzania, ale w tamtych czasach to właśnie kamień probierczy był takim testem. Jeżeli masz złoty pierścień, po wewnętrznej stronie może być wyryte „złoto 18 karatów”. Taki kamień probierczy powie ci, czy to jest prawdą, czy nie. Zapytam was, czy kiedykolwiek chcieliście, by kamień probierczy moralności sprawdził czystość waszego serca? Piloci mają przyrządy, które mogą na podstawie gwiazd odczytać dokładnie ich położenie w każdym czasie. Czy chcielibyście, by jakiś instrument potrafił określić wasze duchowe położenie? Taki kamień probierczy i taki instrument mamy w Rzymian 8:5.

W tym wierszu mamy niezawodny test, kim jesteśmy i gdzie zdążamy w każdym zmaganiu życia. Piękno tego instrumentu polega na tym, że nikt inny nie może odczytać jego wskazań. „Bo ci, którzy żyją według ciała, myślą o tym, co cielesne; ci zaś, którzy żyją według Ducha, o tym, co duchowe”. Użyte tu słowo „myśleć” pochodzi od słowa, które oznacza zwracać uwagę, rozkoszować się, studiować to, mieć w tym przyjemność, kochać i myśleć o tym. Ci którzy żyją według „ciała”, myślą o ciele i lubią myśleć o ciele, rozkoszują się ciałem. Ci, którzy żyją według Ducha, uczą się o Duchu i lubią uczyć się o Duchu. Dajcie człowiekowi wolność, a pójdzie tam i będzie robił to, co chce robić. Gdybyśmy odczytali myśli człowieka, wiedzielibyśmy, co ma w sercu. Myśli człowieka są rejestrami, które serce zapisuje na kamieniu probierczym. Dziecko wie, o czym myśli. Dlatego dziecko może kierować swoim zachowaniem wszędzie i zawsze. Przypominam, że nie odnosimy tego do myśli, które fruwają przez naszą głowę, jak ptaki. One nie mają żadnej moralnej jakości. Mówią nam jedynie, że ogniste strzały szatana mogą latać wszędzie.

Myśli, które mają wartość, to te, które zaprosimy, uchwycimy, zamkniemy i pielęgnujemy. Takie myśli mają wartość. „Przyjście takich myśli daje rozkosz, a odejście pozostawia smutek” Niechciana myśl nigdy nie pozostawia po sobie śladu, To musicie zapamiętać. Z taką myślą zastosujemy kamień probierczy. Weźmy hipotetycznie dwóch młodych ludzi w szkole, z dala od domu. Wchodzą do internatu. Kiedy zaczynają się urządzać, jeden szuka w informatorze kościoła. Myśli o tym, o czym lubi myśleć. Drugi patrzy na stronę rozrywek, co grają w teatrze lub w kinie. Myśli o tym, o czym lubi myśleć. Każdy pije to, co lubi, ale kubek w jednym wypadku, to własne „JA”, a w drugim to Chrystus. W kościele trudno ludzi przyciągnąć na spotkanie modlitewne. Mogę to powiedzieć, gdyż byłem pastorem przez 35 lat. Możesz prosić, możesz ostrzegać i nic. Niech tylko do miasta przyjedzie wystawa, albo cyrk, to te miejsca będą pełne ludzi z kościoła. Ludzie idą tam, gdzie lubią chodzić i nic ich nie zatrzyma. Nauczyłem się tego przez lata, próbując ciągnąć do kościoła ludzi, którzy nie chcieli do kościoła chodzić. Nie chcieli chodzić do kościoła, gdyż duchowe sprawy nigdy nie miały dla nich żadnego znaczenia.

Zastosujcie kamień probierczy - „Adamie, gdzie jesteś?” O czym najczęściej myślisz? „Adamie” co najczęściej robisz? O czym lubisz myśleć? Gdzie lubisz chodzić? Jeżeli zostawimy ci pełną wolność, w którą stronę popłynie strumień twoich myśli? Kiedy położysz się na poduszce w nocy i twoje myśli są wolne, gdzie wówczas pójdą? W jakim kierunku? To nie są puste pytania. Każde z nich waży tonę. Czy myślisz o ciele, czy o Duchu? Nie mogę być w tym punkcie źle zrozumiany. To nie myśli cielesne czynią nas cielesnymi. To nasz cielesny umysł powoduje, że myślimy o ciele. Tę prawdę Duch Święty chce wpoić w was. Duchowa śmierć, to nic myślenie czy robienie czegoś. Śmierć jest w cielesnym umyśle, który powoduje, że chcemy myśleć i czynić takie rzeczy. Stąd poselstwo Pawła, „Albowiem zamysł ciała, to śmierć...” (Rzym. 8:6). Bez względu na to, co robisz lub czego nie robisz, co myślisz lub nie myślisz, zamysł ciała, to śmierć. Przez 6000 lat Bóg próbował zwrócić nasze myśli do wewnątrz, na charakter, a nie na postępowanie, by być, a nie robić, co zazwyczaj było troską człowieka. Nad tym wszystkim Bóg pracował. Głos Boży brzmiał przez wieki, „Uczyńcie drzewo dobre, to i owoc będzie dobry”. Od tego miejsca trzeba zacząć. W żywym świetle Bóg pisze słowo „BYĆ”. „Jeżeli się nie nawrócicie”. „Bądźcie doskonali”. „Nie upodabniajcie się”. „Bądźcie świętymi”. „Przemieńcie się”. Być albo nie być, to jest pytanie o, o wiele głębszym znaczeniu, niż Hamlet kiedykolwiek zdawał sobie z tego sprawę. 

Nasze uczynki, nasze myśli, nasze zewnętrzne życie, chociaż są bardzo ważne, biorą swoją ważność z wewnętrznego charakteru, z którego wypływają. Ze serca pochodzi źródło życia. Postępujemy tak, jacy jesteśmy. Jedno wielkie, skierowane do nas pytanie brzmi, „Kim jesteśmy?”, a nie „Co robimy?” Myśleć w sposób cielesny, to śmierć. Bóg przykłada zawsze siekierę do korzenia drzewa, a człowiek przykłada do gałęzi. Próbujemy odciąć gałązkę tu i tam. Bóg przykłada siekierę do korzenia. „Zamysł ciała, to śmierć” - taka jest Boża droga ogłoszenia wielkich spraw życia.

„Szkoła Chrystusa” - cykl Przebudzenie z rozdziału – Kamień probierczy