Bert Clendennen

Bert Clendennen

sobota, 17 grudnia 2011

to, co plugawe, stało się szlachetne

Głębiej niż osąd, głębiej niż uczucia, znajduje się ludzki charakter, który nazywamy naturą. Wielu rzeczy o ludzkiej naturze nie wiemy, wiemy jednak, że ma ona wpływ na zewnętrzne okoliczności i dostosowywanie ich do swoich potrzeb. Natura żołędzia zamienia rosę, powietrze i glebę w drzewo dębu. Okoliczności mogą zniszczyć jego siłę, dopóki jednak ono żyje, nie można zmienić kierunku tego procesu. Ani człowiek, ani zwierzęta, ani ziemia nie mogą sprawić, by żołądź przemienił się w wiąz. Nawożenie może zmienić jakość drzewa, kultywacja może zmienić jego formę, ale to, czy żołądź zrodzi dąb czy wiąz nie zależy od okoliczności, gdyż jest to kwestią natury. Naturą upadłego człowieka jest preferować doraźną przyjemność a nie perspektywę wiecznej szczęśliwości czy upodobania Boga. Naturą upadłego człowieka jest kochać siebie a zapominać o Stworzycielu. Powiedzieć, że człowiek jest funkcją okoliczności równa się zaprzeczeniu, że ma on jakąkolwiek naturę. Gdzie bowiem jest natura, tam jest też moc, której okoliczności są jedynie czymś ubocznym. Gdyby wszelkie okoliczności świata stanęły przeciwko prawu natury działającym w żołędziu, i tak nigdy go nie pokonają. Żaden nawóz, żaden ogrodnik, żadne ciepło czy podlewanie nie zrobią z niego kapusty.
Społeczeństwo utrzymuje na ogół, że ludzka natura jest w gruncie rzeczy dobra. Jeśli tak jest, to skąd się wywodzi całe ludzkie zło? Każdy zły przykład pokazany współczesnemu dziecku jest owocem ludzkiej natury. Jego ziarno zostało zasiane wszędzie, gdzie się da, w tłocznych miastach, w pustych lasach, w starożytnych kolebkach cywilizacji, na odległych morskich wyspach, i w każdym z tych miejsc to ziarno wydało żniwo grzechów i problemów. Jest to absolutny dowód na to, że ludzka natura - ogólnie rzecz biorąc - jest nasieniem rodzącym grzech i kłopoty. Chrześcijaństwo podaje się za system na rzecz czegoś, co nigdzie indziej nie było głoszone: tą rzeczą jest odnowa zepsutych serc na obraz Boga Niebios. Wszystkie siły tego systemu są na to skierowane, na uczynienie „nowych stworzeń” w Chrystusie. Jeśli to się nie dzieje, Chrześcijaństwo pozostaje tylko teorią. Problem z naszą naturą jest taki, jak uczynić coś złego dobrym. Ludzkimi metodami to po prostu niemożliwe. To cudowne ujrzeć wysuszone morze i pustynię pokrytą manną. Jednak najbardziej niezwykła manifestacja ponadnaturalnej mocy to zły człowiek, który nagle staje się dobry; to, co ziemskie, kiedy staje się niebiańskie, to, co zmysłowe stające się czymś duchowym, to, co diabelskie, kiedy staje się podobne do Boga. Etiopczyk zmieniający barwę swojej skórę i pantera zrzucająca swoje cętki. „Czy Etiopczyk może zmienić swoją skórę, a lampart swoje pręgi? Tak samo czy możecie czynić dobrze, wy, którzyście się nauczyli postępować przewrotnie?” Jer 13:23  (BT) Oto jest władca; ale nie fizycznego wszechświata, który obala fizyczność, ani świata umysłu obalający naturę umysłu, lecz władca moralnego wszechświata uwiarygodniający Ewangelię swojej własnej łaski. Stworzenie świętych z grzeszników jest pokazem, w którym boskość Ewangelii jest najsilniej i najbardziej przekonująco objawiona. To moc Pięćdziesiątnicy. Kiedy Ewangelia jest głoszona z Duchem Świętym zesłanym z Nieba, to sam Bóg przemawia poprzez ludzką formę. Nic się nie może ostać przed takim nauczaniem. W Dniu  Pięćdziesiątnicy Bóg, posługując się rybakiem o imieniu Piotr, przemówił, a ziemia zadrżała. Trzy tysiące ludzi zostało na zawsze wzbudzonych ze śmierci grzechu. Co było tak rzadkie w ludzkiej naturze teraz stało się normalne podczas uświęcenia człowieka. To, co plugawe, stało się szlachetne. Samolubni zaparli się siebie. Zgorzkniali stali się łagodni. Co było zmysłowe, stało się przepięknie czyste. Patrzymy wstecz na te trzy tysiące wówczas nawróconych i nie możemy się nadziwić! Nasza natura nie jest beznadziejnie zgubiona! Odkupienie jest realne! Ludzkość może być uświęcana. Zwyciężony został nie abstrakcyjny grzech, ale ten w ludzkim sercu, w ludzkiej naturze, ten, do którego się odwołują pokusy umysłu i ciała. Grzech w żywym człowieku został pokonany. Jego Zwycięzca panuje! Przez moc Jego krwi, Jezus załatwił problem grzechu. Moc krwi jest życiem Boga i to życie popłynęło obficie w dzień Pięćdziesiątnicy. W tych nawróconych z tego dnia widzę obietnicę własnego wyzwolenia. Dlatego wołam: „Ja też zostałem wyzwolony spod prawa grzechu i śmierci!” Ta obietnica wyzwolenia nie jest tylko dla jednostek. Ona jest dla tłumów. Dlaczego więc mamy nie spróbować [odnowienia] Pięćdziesiątnicy?

 „Szkoła Chrystusa” - cykl Pneumatologia z rozdziału – Praktyczna manifestacja mocy Ducha Świętego.

piątek, 16 grudnia 2011

święci byli poruszani, by żyć świętym życiem

W Jerozolimie byli ludzie z wszelkich narodów, którzy słyszeli wieść wszyscy w swoich językach, tak jak poddawał Duch. Innymi słowy każdy człowiek był świadomy, że przemówił Bóg. Ten cud. z jego moralną siłą oddziaływania, był odmienny od wszystkich fizycznych cudów Jednak wrażenie, jakie wywoływał, było identyczne jak przy cudach czysto fizycznych - efekt demonstracji mocy. Był to przekaz mądrości, w przeciwnym razie moc nie zadziałałaby do końca tak bezbłędnie. Przekaz dobroci - w przeciwnym razie ta moc nie do odparcia by niszczyła, a nie błogosławiła. Widzimy także cud natchnienia, kiedy ludzki umysł otrzymuje moc, by spisać księgę, która nie oprze się wpływom czasu. W proroctwie widzimy umysł, który ma moc, by spojrzeć tysiące lat wprzód i opisać jasno to, co się stanie później, i to na tyle jasno, że przy wypełnieniu proroctwa zostaje ono natychmiast rozpoznane.

Kiedy zwyczajni ludzi napełnieni Duchem świętym zaczynają mówić, ci, którzy ich słuchają, wiedzą, że jest to głos Boga. W dzień Pięćdziesiątnicy świat ujrzał Chrześcijaństwo jako nową religię; biedną, bez historii, bez wykształcenia, bez kapłaństwa, bez mas ludzkich, Miała ona tylko jeden środek ofensywy: jej język ognia. Nie miała emocji tłumów, teorii uczonych, nie stały za nią żadne polityczne interesy, o które zresztą nie prosiła; nikomu też nie schlebiała. Tym językiem ognia zaatakowała wszelki zastany system i każdy zły zwyczaj, i tym ogniem utorowała sobie drogę poprzez wszelką opozycję. Chrześcijaństwo nigdy, w żadnym okresie, nie utrzymywało się w jakikolwiek inny sposób za wyjątkiem mocy nauki „ochrzczonej ogniem”. Tylko wtedy, gdy ludzie wypełnieni Duchem Świętym przekazywali słowa Pana, („nie takie, których naucza ludzka mądrość, lecz których naucza Duch Święty”), grzesznicy się nawracali, a święci byli poruszani, by żyć świętym życiem. W każdym zaś okresie, gdy pozwolono, by ten dar zanikł, każda forma naturalnej przewagi próbowała wejść na jego miejsce; więcej nauki, więcej programów, aktorstwa, czegokolwiek, co by poprzez ludzką myśl wzmocniło pozycję Kościoła w opinii ludzkości. Jednak te środki okazały się zgubne, zostawiając Chrześcijaństwo w obliczu świata zupełnie bezbronne.

Ludzką logiką kompletnie nie da się pojąć, dlaczego nauczanie Whitfielda poruszało ludzi tak, jak to miało w istocie miejsce. Bez śladu logiki, filozofii ani czegokolwiek, co by zasługiwało  na miano teologii systematycznej, podczas jego kazań nawracały się tysiące. Dlaczego tacy ludzie jak Whitfield byli w stanie zrobić to, czego inni uczeni oraz zdolni i cudowni oratorzy zupełnie nie potrafili? Musiał być w nich element mocy, którego naukowa krytyka i badania nie potrafiły odnaleźć. Co było tą Mocą? Sfera działania i efekty tej mocy pozwalają nam osądzić. Każda moc ma swój „rejon”, przestrzeń swojego oddziaływania. Najsilniejsza ręka nigdy nie przekona rozumiejącego umysłu. Dusza człowieka ma odrębne sfery, i rzeczy, które przekonują intelekt mogą nigdy nie dotrzeć do emocji. Sprawy, które działają tylko na emocje, mogą zostawić niezaspokojony umysł. Takie, które wpływają zarówno na zrozumienie, jak i emocje, mogą nigdy nie zmienić moralności. Zwycięska moc Bożego posłańca to moc nad moralnością człowieka. To moc, która oczyszcza serce i owocuje świętym życiem. To jest właśnie ta najwspanialsza moc należąca do Ducha Świętego.

„Szkoła Chrystusa” - cykl Pneumatologia z rozdziału – Praktyczna manifestacja mocy Ducha Świętego

czwartek, 15 grudnia 2011

chodźcie w Duchu a nie będziecie spełniać zachcianek ciała

Naszym pierwszym wersetem w tej lekcji będzie Galacjan 5:6,16-18 „Bo w Chrystusie Jezusie ani obrzezanie, ani nieobrzezanie nic nie znaczy, lecz wiara, która jest czynna w miłości…Mówię więc: Według Ducha postępujcie, a nie będziecie pobłażali żądzy, cielesnej. Gdyż ciało pożąda przeciwko Duchowi, a Duch przeciwko ciału, a te są sobie przeciwne, abyście nie czynili tego, co chcecie. A jeśli Duch was prowadzi, nie jesteście pod zakonem.” W tym fragmencie czytamy o mocy Ducha Świętego objawionej w codziennym życiu Do ludzi, którzy „wciąż są w ciele”, Paweł mówi „Ale wy nie jesteście w ciele, lecz w Duchu, jeśli tylko Duch Boży mieszka w was”.

Podczas upadku duch ludzki został tak zdegradowany, że można to wręcz nazwać „zatopieniem”, poddaniem go wpływom duszy. Został nazwany martwym z powodu oddzielenia od Boga. Nienawrócony człowiek posiada ducha, lecz jest on cielesny. Ogrom ludzkiej mocy, jego działalność intelektualna, wzloty wyobraźni i impulsy serca są wszystkie podyktowane przez motywy ciała. Ten cielesny duch znajduje się także w chrześcijanach, którzy odmawiają „dążenia do doskonałości”, Było to bardzo ewidentne w zborach w Galacji i Koryncie. W takich ludziach duch jest poddany ciału. Różnią się oni od zwierząt zasadniczo tym, że do cielesnych celów i zachcianek wykorzystują oni głównie sferę duchową, mianowicie ich duszę. Duch Święty, który uświęca wierzących, odwraca ten stan rzeczy. Pobudza on ducha, a przez niego i ciało. Zamiast czynić duchowe moce cielesnymi, czyni On duchowym śmiertelne ciało. Duch przestaje być poddanym ciału, lecz ciało zaczyna służyć duchowi. W ten sposób osiągane jest odkupienie; to jest właśnie nowe życie. Ludzka natura jest odnawiana, a człowiek zaczyna chodzić w Duchu. To jest też znaczenie biblijnej myśli, by „chodzić w świetle, tak jak On jest światłem” (1 Jana 5,17). „i taki, jaki On jest, tacy i my jesteśmy na tym świecie.” Jako człowiek, Jezus Chrystus był światłem tego świata. Co jednak uczyniło Go tym światłem? „W Nim było życie, a życie było światłością ludzi” (Jana 1,4). Być wypełnionym i prowadzonym przez Ducha Świętego oznacza chodzić w życiu Bożym. To jest prawdziwe świadectwo Ducha. Kiedy człowiek chodzi w Duchu, jego życie jest światłem, a świat widząc jego dobre uczynki będzie chwalił Ojca, który jest w Niebie (por. Mat 5,16). Kiedy człowiek jest prawdziwie wypełniony i prowadzony przez Ducha Świętego, świat nie wychwala charakteru tego człowieka a rozpoznaje, że ten wznosi się ponad swój charakter, i jest „Bożym dziełem, stworzonym do dobrych uczynków w Chrystusie Jezusie” (Ef 2,10).

Jeśli ktoś podgrzeje kawałek żelaza do pewnej temperatury, zaczyna on niemal płonąć, bez żadnej jeszcze zmiany swojego kształtu. Jeśli będziecie podgrzewać dalej, jego wygląd zmieni się i upodobni jakby do stałego ognia, który zapali wszystko, czego dotknie. Woda bez ciepła jest twardym lodem. Jeśli delikatnie ten lód podgrzejesz, uwolnisz ciecz. Jeśli podgrzejesz jeszcze bardziej, jako gaz uleci wzwyż. Tak samo jest z duszą, gdy jest dotykana przez Ducha Świętego, i podobnie się zmienia, gdy jest „zrodzona z Ducha” i Nim napełniona. Tylko w tym drugim stanie, kiedy nowe stworzenie jest napełnione Duchem Świętym, zaczyna w całej Jego manifestacji objawiać podobieństwo do Boga. „Chodźcie w Duchu” - mówi Paweł - „a nie będziecie spełniać zachcianek ciała”. Oznacza to, że kiedy chodzimy w Duchu, ludzie nie będą widzieli nas, lecz będą widzieli Chrystusa. Duchowa zmiana wywalczona w uczniach przez chrzest Duchem Świętym ukazuje wielką moc Bożą bardziej niż cokolwiek innego. To było uderzająco zamanifestowane w przypadku apostola Piotra. Wiatr zawiał w górnej izbie, zgromadził się wielki tłum. Teraz ktoś musi stanąć w cieniu świątyni i rzucić wyzwanie zarówno arcykapłanom, jak i tłumom, i powiedzieć im, że Ten, którego haniebnie zgładzili, jest Mesjaszem Izraela. Takie przesłanie nie mogło oszczędzić nikogo. Tłum musiał się dowiedzieć, że był winny bezimiennego grzechu, że podnieśli swoje ręce przeciwko Bogu objawionemu w Ciele, oraz że – jakże dziwne słowa dla ludzkich uszu – „zabili księcia żywota.”

Kto spośród stu dwudziestu osób z Górnej Izby byłby w stanie skonfrontować tłum? Jednak widzimy wstającego człowieka, płonącego świętym ogniem do tego stopnia, że zapomina on o niebezpieczeństwie i wydaje się nie być świadomym, że to, co robi. dalekie jest od normalności. Kim jest ten człowiek? Czy to możliwe, że to ten prosty rybak zwany Piotrem? Znamy go z wcześniejszych wydarzeń jako kogoś, kto ma wiele zapału, ale zero stałości. Ma dobre intencje, ale kiedy napotyka trudności i przeciwności, jego moralna odwaga zawodzi. Zaledwie kilka tygodni wcześniej widzieliśmy go w czasie próby. Noc wcześniej się zarzekał, że cokolwiek by się stało, swojego Pana nie opuści. Kiedy jednak Mistrz jest w rękach wroga, a Piotr widzi rozwścieczone twarze, jego odwaga pryska. Gdy służąca wyraziła swoje przekonanie, iż należy on do Jezusa z Nazaretu, jego serce stopniało i zaparł się swojego Mistrza. Popatrzcie jednak na niego teraz, kiedy szykuje się do działania, napełniony Świętym Duchem. Nie boi się ani mocy władz ani gniewu tłumów. Czy Piotr z Pięćdziesiątnicy jest tym samym Piotrem, który stał na dziedzińcu pałacu arcykapłana? Jeśli tak. to jak wielką różnicę w człowieku uczyniła ta jedna okoliczność - bycie wypełnionym przez Ducha Świętego? Jedną z naszych największych potrzeb są wspaniałe przykłady Bożego dzieła moralnego w ludziach, kiedy są oni wypełnieni Duchem świętym. Tacy, o których świat mówi, choć cicho, „To dobry człowiek, i pełny Ducha świętego”. W prawdziwym Kościele jest wielu ludzi, którzy celują w chrześcijańskich cnotach, których postępowanie w życiu osobistym jest nienaganne, których służba jest przydatna, podziwiana i wartościowa, ale którzy jednak nie są ludźmi „pełnymi Ducha Świętego”, Jeśli Kościół ma być uzdrowiony, i jeśli mamy ujrzeć prawdziwe przebudzenie, wówczas jeszcze raz musimy ujrzeć takich ludzi. Takich, których całe życie mówi o modlitwie, tak jak byśmy to powiedzieli o Henochu czy Janie. Potrzebujemy ludzi, których słowa padają z przekonaniem Ducha Świętego, którzy zostawiają na wierzących wrażenie, że są bezpośrednimi i potężnymi narzędziami Boga, a na niewierzących, że niebezpiecznie jest się zbliżyć, chyba że w pokucie i z pragnieniem nawrócenia. „I zostali wszyscy napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, jak Duch im poddawał”.

„Szkoła Chrystusa” - cykl Pneumatologia z rozdziału – Praktyczna manifestacja mocy Ducha Świętego.

środa, 14 grudnia 2011

nie mijaj obojętnie niepopularnego proroka

"Pokolenia dzieci dołączyły się do kościoła, podekscytowały się, a teraz tracimy je, ponieważ po prostu nie powiedzieliśmy im, że chodzenie z Bogiem będzie coś kosztować." Bert Clendennen
            
            Z okazji drugiej rocznicy śmierci pastora Berta Clendennena, poproszono mnie, by napisać kilka zdań na temat aktualności i wagi przesłania, które głosił. W związku z tym, przejrzałem ponownie część tekstów zamieszczonych na polskim blogu (http://clendennen.blogspot.com/). Jednego jestem pewien – takie poselstwo nie jest dziś popularne. Wystarczy spojrzeć na listy bestsellerów i programy chrześcijańskich telewizji. Nurt zielonoświątkowy rozwija się liczebnie, wywiera coraz większy wpływ na społeczeństwa, a wiodący przywódcy przymują rolę telewizyjnych celebrytów. Charyzmatyczne konferencje gromadzą tysiące chrześcijan. Koncerty worship jednoczą młodych ludzi, zgromadzając na stadionach rzesze rozpalonych wielbicieli. Na usta ciśnie się proste pytanie: "Pastorze Clendennen... Dlaczego płaczesz? Dlaczego narzekasz? Dlaczego nie cieszysz się potężnym rozwojem Kościoła?" Ktoś już znalazł się kiedyś w podobnej sytuacji. Nazywał się Jeremiasz.
            
 Słowo, które głosił ten młody prorok pochodziło wprost z Bożego serca. Otoczony poselstwem niosącym pokój i bezpieczeństwo, wołał głośno na ulicach miasta zwiastując nadchodzący gniew. Oto jego słowa: "I rzekłem: Ach! Wszechmocny Panie, oto prorocy mówią im: Nie ujrzycie miecza, a głód was nie dotknie, lecz dam wam trwały pokój na tym miejscu." (Jr 14:13) Jeremiasz słuchał tych wszystkich gładkich, przyjemnych i pachnących kazań, lecz pośród tego radosnego gwaru docierał do niego smutny głos Wszechmocnego: "I leczą ranę córki mojego ludu powierzchownie, mówiąc: Pokój! Pokój! Choć nie ma pokoju." (Jr 8:11) Czyż nie żyjemy dzisiaj w czasach powierzchownego lekarstwa i fałszywego pokoju?
            "Pokolenia dzieci dołączyły się do kościoła, podekscytowały się, a teraz tracimy je, ponieważ po prostu nie powiedzieliśmy im, że chodzenie z Bogiem będzie coś kosztować." Wielu moich przyjaciół i znajomych leży dziś martwych na polu duchowej bitwy. Pamiętam wspólne zloty, misje i konferencje. Pamiętam niezapomniane chwile ekscytacji, radości, wielkich marzeń i rozległych wizji. Pamiętam wspólne łzy, gdy klęcząc na twardej ziemi wołaliśmy do Boga o przebudzenie. Tak, powiedziano nam, że Bóg chce użyć naszego pokolenia do wielkich rzeczy. Nazwano nas "pokoleniem wpływu", "pokoleniem końca" i "armią Joela". Wyobraźnia młodego człowieka nie posiada ograniczeń doświadczenia, więc każdy z nas uchwycił się tej wspaniałej wizji wypełnionych stadionów, cudów i znaków. Powiedziano nam o śmiechu zwycięstwa, więc gdy nadeszły porażki nie potrafiliśmy płakać. Powiedziano nam o jutrzejszych cudach, więc nie potrafiliśmy cieszyć się zwyczajnością codzienności. Proszono nas, byśmy chodzili z Chrystusem po wodzie, podczas, gdy większość z nas nigdy nie chodziła z Nim po lądzie. Prorokowano nam Ziemię Obiecaną, więc już pierwsze dni na pustyni zebrały wśród nas śmiertelny plon. 
            Minęło kilka lat, moi drodzy rówieśnicy już dawno zapomnieli o ideałach gorączkowych konferencji. Niektórzy stali się ateistami. Inni powtarzają wytarte slogany, ale w głębi siebie dawno przestali w nie wierzyć. Większość przestała uczęszczać na młodzieżowe konferencje, widząc ogromną przepaść między głoszonym poselstwem a problemami codzienności. Wiem, że zabrzmi to niebezpiecznie ostro, ale śmiem twierdzić, że zagładzono nas duchowymi cukierkami. Przesłanie "pokoju i bezpieczeństwa" cieszy tylko przez chwilę, by później stać się karykaturalnym opisem codzienności. Wracasz ze zjazdu i nagle okazuje się, że jesteś w samym centrum bitwy. Zamiast wzniosłych wizji, doświadczasz potężnych pokus. Mówisz kolegom o Jezusie, ale zamiast ich natychmiastowej pokuty, spotykasz się z bólem odrzucenia. Tego nas nie nauczono. Wychodzisz na ulice miast, ale zamiast uzdrowionych trędowatych, spotykasz na swojej drodze całkowicie obojętnych rodaków. Tego nas nie nauczono. Nie nauczono bólu odrzucenia i cierpienia dla imienia Chrystusa. Nie nauczono nas codziennego krzyża, zastępując go codzienną pięćdziesiątnicą. Wzniosła atmosfera zlotu wynosiła na wzgórza ekscytacji, tylko po to, by zrzucić na samo dno, gdy wszystko się kończy. Tak, widzę dziś wokół siebie zrujnowane miasto... Jeśli nie chcesz w to uwierzyć, pozwól, że wyruszę z tobą w straszliwie przygnębiającą podróż po facebookowych profilach "chrześcijańskiej" młodzieży.  
            Dlaczego piszę w tak ostry i bezkompromisowy sposób? Również i ja organizowałem w przeszłości zjazdy i misje, więc wszystko, co napisałem powyżej kieruję przede wszystkim do siebie. Piszę tak zdecydowanie, gdyż wielu wspaniałych, młodych ludzi już nigdy nie podniesie się z prochu duchowej śmierci. Nigdy...! Leżą na polu bitwy, gardząc proroctwami przeszłości, które nie znalazły swego wypełnienia. Karmieni "nowymi rzeczami", potkęli się o te najstarsze - pożądliwości ciała i pokusy świata. Obietnice "wielkich rzeczy" nie mogły zastąpić codzienności "małych". I dzisiaj wiem, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, że odpowiedzią na pustkę dzisiejszego poselstwa jest rozpaczliwy głos odrzuconego Jeremiasza... Zbyt długo słuchamy już gładkich obietnic wielkości, które maskują w rzeczywistości nadęte ego przywódców. "A Pan rzekł do mnie: Fałszywie prorokują prorocy w moim imieniu; nie posłałem ich ani nie dałem im poleceń, ani nie mówiłem do nich. Kłamliwe widzenia, marne wieszczby i wymysły swojego serca wam prorokują." (Jr 14:14) Mógłbym wymieniać imiona młodych ludzi, którym wyprorokowano "cudowny plan dla ich życia". Ich statek wiary rozbił się o pierwszą lepszą skałkę. Dryfują dziś po oceanie niewiary, czekając, aż ktoś wyciągnie do nich pomocną dłoń. "Prorocy prorokują fałszywie, a kapłani nauczają według własnego widzimisię; mój zaś lud kocha się w tym. Lecz co poczniecie, gdy to się skończy?" (Jr 5:31) Tak, kochaliśmy humorystyczne i płomienne przemówienia o nadchodzącym przebudzeniu. Cieszyliśmy się z budowanych stadionów, bo przecież kościoły będą wkrótce zbyt małe, by pomieścić tłumy spragnione Chrystusa... Kochaliśmy obietnicę wielkiej przygody, namaszczonej służby i życia pełnego sukcesów... I ja byłem pośród tych, którzy całym sercem kochali poselstwo powodzenia... "Lecz co poczniecie, gdy to się skończy?" Wracaliśmy z konferencji, tylko po to, by oddychać zmaganiami codzienności. Wielu zatruło się tym powietrzem na śmierć. Ach, powstańcie wszyscy wy, którzy macie na sobie płaszcz Jeremiasza! Powstańcie raz jeszcze! Przynieście Słowo od Boga! Przynieście coś prawdziwego i realnego. Coś, co narodziło się w sercu Wszechmocnego. Dość już kazań na temat dwudziestu najlepszych metod ewangelizacji, potrzebujemy objawienia Chrystusa, by wiedzieć, kogo zwiastować! Dość już kazań na temat "pokolenia zdobywców", głoszonych do młodzieży, która nigdy nie została zdobyta przez Chrystusa! Nie piszę tych słów w przypływie szalonej pychy. Bóg wie z jak wielu rzeczy musiałem pokutować w swoim życiu i służbie. I tylko Bóg wie jak nędzne potrafi być moje życie.
            Cóż to ma wspólnego z drugą rocznicą śmierci pastora Berta Clendennena? Dla mnie bardzo wiele. Pastor Clendennen był moim Jeremiaszem. Usłyszałem kiedyś rozpaczliwy głos zmęczonego proroka, który wywarł znaczny wpływ na kierunek mojej duchowej podróży. Nie był tak kolorowy, efektowny i błyskotliwy jak reszta głosów. Nie obiecywał zwycięstw bez walki i pięćdziesiątnicy bez krzyża. Mimo to, wiedziałem. Po prostu wiedziałem, że z tych drogich ust płyną słowa z Bożego serca. Przyjacielu, zachęcam do zapoznania się z nauczaniem pastora Clendennena. Być może odnajdziesz odpowiedź na duchowe pytania, które rodzą się w twoim sercu. Nie mijaj obojętnie niepopularnego proroka.


Bartosz Sokół

wtorek, 13 grudnia 2011

ostatnie przesłanie br. Berta Clendennena do Kościoła.

„Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, oczyści nas od wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, kłamcę z niego robimy i nie ma w nas Słowa Jego”.1 Jana 1:9,10 

Jak większość z was wie, przechodzę obecnie przez jeden z najtrudniejszych okresów mojego życia i jestem pewny, że jest w tym wszystkim cel. Od jakiegoś czasu błagałem Boga, żeby mi nie pozwolił umrzeć dotąd, aż pokażemy temu biednemu, oszukanemu pokoleniu Jego moc. Mam takie odczucie, że to wszystko jest ze sobą połączone. Powodem dla którego to tak mocno odczuwam jest to, że ten atak na mnie stał się powodem modlitwy po całym świecie.

Dzwonią telefony z całego świata, z kościołów i indywidualnych osób i informują mnie, że poszczą i modlą się i wierzą, że będzie to całkowite zwycięstwo dla Boga. Szczerze wierzę, że te modlitwy mogą spowodować ostateczne Boże poruszenie, o które się tak gorliwie modliliśmy.

….Zrozumcie, że w mojej obecnej kondycji zdrowotnej, jeżeli Bóg nie uczyni cudu, który dzięki waszym modlitwom wierzę, że się stanie, to może być mój ostatni kontakt z wami. Dlatego możecie być pewni, że ważę każde słowo. Po pierwsze, Duch Boży mocno mnie przekonuje, że aby przyszło przebudzenie, musi nastąpić głębokie wyznanie winy i pokuta ze strony wybranych. Przez nas musi przepływać rzeka Ducha Świętego. Dlatego nie może w nas być nic, co by zatrzymywało ten przepływ Rzeki Życia.

Musimy w uniżeniu przyjść przez naszego Ojca Niebiańskiego i prosić o przebaczenie i szukać Jego prowadzenia. Wiemy, że Jego Słowo mówi, „Biada tym, którzy zło nazywają dobrem”, ale właśnie to czynimy, pozwalając, by cielesne popisy zastępowały prawdziwe uwielbianie. Musimy wyznać przed Bogiem, że utraciliśmy duchowy smak i odwróciliśmy system wartości. Musimy wyznać, że kwestionowaliśmy absolutną prawdę Słowa, głosząc wiele innych rzeczy.

Mówimy, że kochamy Słowo Boże, a ignorujemy je. Arogancko przywłaszczyliśmy sobie nazwę Zielonoświątkowcy, twierdząc, że mamy więcej mocy niż inni, a brak nam nawet siły do świadczenia zgubionym, a tym bardziej do świętego życia. Oddawaliśmy cześć innym bożkom i nazwaliśmy to dobrobytem. Uczyliśmy się więcej od gwiazd religijnych w telewizji, niż od Gwiazdy Jasnej Porannej.  (Bert Clendennen choć był pastorem Kościoła Zielonoświątkowego i kierował swoje przesłanie głównie do tego kościoła, jednak, moim zdaniem jego spostrzeżenia dotyczą całego chrześcijaństwa, głównie ewangelicznego i obejmują  tendencje w dzisiejszym chrześcijaństwie.)  Protestujemy przeciwko perwersjom na naszych ulicach, ale nie chcemy przyznać, że to kompromis wbrew Słowu Bożemu doprowadza do takich perwersji na naszych ulicach (Rzym. 1:25,26). Milcząc dajemy wolność dostawcom perwersji za kazalnicami i w lokalach wyborczych, ale mamy odwagę nazywać się świętymi. Mordowaliśmy nienarodzonych poprzez nasze milczenie o tym z kazalnicy. Sprzedaliśmy nasze wartości z powodu lojalności dla naszej partii, związku, naszych przodków, czy uprzedzeń. Popełniliśmy grzech rasizmu poprzez usprawiedliwianie zła z przeszłości i teraźniejszości. Inni popełniali grzech rasizmu poprzez nieprzebaczenie i chęć zemsty. 

Zaniedbaliśmy biednych w pogoni za celami, które miały bardziej duchowy wygląd. Jesteśmy leniwi w przygotowywaniu kazań i namaszczenie zastępujemy robieniem hałasu. Zaniedbaliśmy właściwe wychowywanie dzieci, a winę zwalamy na diabła. Narzekamy, że w szkołach zabrania się modlitwy, a większość członków Kościoła nie ma w swoich domach ołtarza modlitwy. Nadużywaliśmy mocy i nazywaliśmy to apostolstwem. Czcimy tych, którzy są uważania za wielkich przez ludzi, a pogardzamy małymi, którzy są bardziej święci Zamknęliśmy nasze usta na pojęcie świętości , żeby być bardziej wrażliwymi na to, co podoba się zgubionym. Odrzuciliśmy przeszłość, jako archaiczną, a przyjęliśmy trendy nowoczesnego kościoła. Nasze uwielbianie wzorowane jest bardziej na 40 najnowszych refrenach, niż na pieśniach głoszących prawdę.

Nasza arogancja prowadzi nas poprzez noc, nieświadoma naszego braku skuteczności i naszej pogardy dla uczenia się. Inni pokładają ufność w swoim wykształceniu, a zapominają o życiu. Szybko osądzamy inne grupy i przedkładamy nasze unikalne tradycje nad unikalne relacje. Utraciliśmy wizję Boga.

W wyniku tego, najczęściej jesteśmy nieświadomi postępującego procesu destrukcji. Nie znamy drogi powrotu do rzeczywistości, gdyż utraciliśmy wizję wyżyn, z których spadliśmy. Pomyliliśmy hałas z mocą, kwieciste słowa z namaszczeniem, a charyzmę z powołaniem. Osądzanie grzechu zastąpiliśmy udzielaniem porad i tolerancją. Usunęliśmy z Biblii realność piekła, by nas kochali ci, których Bóg potępia. Wiemy o powtórnym przyjściu Chrystusa, ale tego nie głosimy, ani nie oczekujemy. Przechodzimy koło zgubionych, a głosimy co tydzień do tych, którzy już to słyszeli...

Stworzyliśmy klimat, w którym jesteśmy bardziej zainteresowani własnymi potrzebami, niż potrzebami społeczeństwa. Mamy pastorów nastawionym tylko na przeżycie, którzy chcą, żeby wszyscy się czuli dobrze. Mamy młodych pastorów, którzy są bardziej niezadowoleni z tego, co inni zrobili, ale nie widzą problemu w tym, czego sami nie robią. Mamy zbyt wielu ludzi, którzy poddają się gwiazdom telewizji, które wyciągają pieniądze na limuzyny, pałace i bogactwa, podczas gdy ewangelizacja jest zaniedbana. Mamy więcej ludzi, którzy wzdychają, żeby zdobyć wyższą pozycję, niż tych, którzy wołają do Boga za zgubionymi duszami. Coraz więcej ludzi dryfuje w kierunku kompromisu, a nazywają to tolerancją. Dryfujemy w kierunku nieposłuszeństwa Bogu, a nazywamy to wolnością. Dryfujemy w kierunku przesądów, a nazywamy to wiarą. Brak dyscypliny nazywamy relaksacją. Lekko traktujemy brak modlitwy i przekonujemy samych siebie, że uciekamy od legalizmu. Przesuwamy się w kierunku bezbożności, a wmawiamy sobie, że zostaliśmy wyzwoleni.

Z powodu niezadowolenia zamieniliśmy obecność mądrości na beztroskę, uważając, że lepiej zaryzykować wszystko, niż nic. Mamy misjonarzy, którzy wracają do domu ze zdjęciami, które wyglądają jak zdjęcia scenerii z National Geografic, ale nie ma tam zdjęć pokazujących ofiarę, a na pewno nie ma zdjęć nowych chrześcijan. Często jesteśmy ludźmi, którzy mają programy, które podobają się wszystkim, decyzje, które są akceptowane przez wszystkich, ale owoców nie widać.

Niektórzy pozwolili, by pornografia zniszczyła ich społeczność z Bogiem, z ich rodzinami i kościołem. O Boże, ratuj nas! Niektórzy młodzi ludzie z kościołów popełniają grzechy seksualne, bo ich motywacja pochodzi z ich hormonów, a nie z Boga. Są kaznodzieje, których oczy kierują się potajemnie na piękne twarze czy piękne ciało. Daj nam na nowo czyste serca i czysty umysł. Są narzekania, które manifestują się w zaniedbanych relacjach, współzawodnictwie czy nienawiści. Przebacz nam te ohydne grzechy. 

„Zbadaj nas Boże i sprawdź nasze serca i zobacz, czy nie idziemy drogą zagłady. Oczyść nas od wszelkiego grzechu i uwolnij nas. Nakieruj nasze serca na nowo do Ciebie i uczyń nas godnymi tego, aby się nazywać świętymi i godnymi do uczestniczenia w Twojej sprawiedliwości.” 1 Kor. 11:24-26.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

miliony duchowo głodują pośród obfitości dóbr

Czytałem o człowieku, który powoli umierał, bo nie był w stanie przełknąć więcej niż kropli wody czy ziarna zboża. Miliony chrześcijan mają podobną duchową chorobę, są podobnie skurczeni i nie potrafią przyjąć Boga. Miliony duchowo głodują pośród obfitości dóbr. bo ich serca nie są otwarte na przyjmowanie Boga. Musi być w nich miłość, która przychodzi do Boga i się Go trzyma. Musi być wiara, która akceptuje i przyjmuje od Boga. Musi tam być uciszenie ducha, które będzie trwało wystarczająco długo, by doświadczył on totalnego napełnienia. W końcu, jesteśmy napełniani przez czekanie na Pana w modlitwie, w takiej, która jest nieustająca i wytrwała. Uczniowie zostali napełnieni Duchem właśnie wtedy, gdy oczekiwali Pana. Modlitwa to nie tylko proszenie; to także przyjmowanie. Wielu z nas nie oczekuje przed Panem wystarczająco długo, by zostać napełnionymi Jego Duchem. Żadne jednak dziecko Boże, które czeka na Niego z odpowiednim nastawieniem, w całkowitym zaufaniu i poddaniu, oczekiwaniu pełnego chrztu Jego Duchem, nie zostanie zawiedzione. Z takich momentów popłyną moc i błogosławieństwo, zarówno w naszym życiu i jak i życiu innych. Służenie Bogu i innym jest prawdopodobnie najbardziej efektywnym środkiem nieustannego otrzymywania pełni Ducha Świętego. Kiedy my „wylewamy” z siebie to błogosławieństwo, Bóg na nowo je w nas „wlewa”. Nasze zbawienie nie należy do nas. Nie należy także do każdej duszy, która jeszcze nie miała okazji przyjęcia Jezusa. Podobnie nasze uświęcenie, pełnia Ducha, to świętości powierzone nam, by dzielić się nimi z tymi, którzy jeszcze nie doświadczyli tych błogosławieństw. Nasze uzdrowienie należy do każdej osoby, która cierpi. Nasze doświadczenie należy do jakiejś innej osoby, której potrzebę możemy zaspokoić. Jak przejrzysta może się stać dla nas prawda, kiedy przekazujemy ją komuś innemu! Jak realny jest chrzest Duchem Świętym kiedy klęczymy obok drugiej osoby modląc się, żeby go doświadczyła! Jaką pełnię Bóg daje tym, którzy chcą ją przyjąć i przekazać dalej innym!

Jeśli otrzymaliśmy Jego pełnię, przekażmy ją dalej, kosztując wód żywych, gdy przepływają przez nasze ręce! Widzialne zstąpienie Ducha na Jezusa w formie gołębicy było jawnym i wyraźnym świadectwem i potwierdzeniem Jego Mesjanizmu i boskości. To wciąż najlepsze świadectwo, jakie Bóg może dawać swoim sługom. Poprzez swoje nieustające manifestacje, ten sam Duch Święty jest świadkiem chrześcijaństwa łaski i mocy w służbie Bożych sług i w życiu Jego dzieci. W końcu, napełnienie niesie ze sobą uświęcenie. Dosłowne znaczenie staro-hebrajskiego słowa „uświęcić” jest „napełnić rękę”. To sugeruje najgłębszą prawdę w związku z uświęceniem. Sam Chrystus musi być pokarmem i esencją naszego duchowego życia. On napełnia nas Swoim własnym Duchem i świętością. Po najbardziej szczerym uświęceniu, ja i Ty jesteśmy tylko „pustą możliwością”, którą on musi zrealizować, wypełnić. Nasza czystość musi być udzieleniem Jego życia. Nasz pokój musi być Jego pokojem w nas. Użalanie się nad sobą i zniechęcenie są grzeszne. Nasza miłość musi być miłością Bożą szeroko rozlaną w naszych sercach przez Ducha świętego. Nasza wiara, która przyjęła Jego łaskę, musi nieustannie być zaopatrywana przez jego Ducha. Musimy przynieść do Niego puste ręce, czyste i otwarte, a On je napełni. My jesteśmy jedynie niezrealizowanym potencjałem, On go realizuje. On napełnia. Musimy oddać Mu wszystko całkowicie, rozumiejąc w pełni, że nie ślubujemy dobroci czy mocy wymaganej do naszego uświęcenia. Musimy wiedzieć, iż możemy wziąć to wszystko tylko od Niego. On nas bierze, odpowiedzialny za to, by dać nam wszystko, czego On sam wymaga, by utrzymać nas w Jego doskonałej woli. Bóg chce po prostu, byśmy Jemu oddali wszelkie możliwości naszego życia i pozwolili Mu budować na tym Jego budowlę. Bazując na tych możliwościach, On zbuduję czystą świątynię, do której On przyjdzie, by w niej zamieszkać. 

Od samych podstaw, dzieło to musi być nowe i boskie. Jezus jest autorem i dokończycielem naszej wiary, i odpowiednie nastawienie uświęconego wierzącego powinno polegać na ciągłym poddawaniu się i przyjmowaniu. Ta perspektywa w kwestii uświęcenia pozwala na nieskończony wymiar naszego duchowego rozwoju. Właśnie w tym widzimy również stopniową naturę procesu uświęcenia. Zaczynając od zupełnego odseparowania się od zła, poprzez zupełne poświęcenie się Bogu, uświęcenie zmierza do całej pełni Chrystusa. Wzrasta do miary człowieka doskonałego w Nim, aż każda część naszego jestestwa zostanie wypełniona Bogiem. Stajemy się wówczas kanałem, który przejmuje, a następnie przekazuje i odzwierciedla Jego laskę i chwałę.

„Szkoła Chrystusa” - cykl Pneumatologia z rozdziału – Napełnieni Duchem

niedziela, 11 grudnia 2011

krótki życiorys pastora Berta Clendennena

"Pamiętajcie na wodzów waszych, którzy wam głosili Słowo Boże, a rozpatrując koniec ich życia, naśladujcie wiarę ich." Hebr. 13:7

Pastor Bert Hamilton Clendennen urodził się w 1922 roku,

4 listopada 1956 roku założył Kościół Victory Temple w Beaumont w Teksasie, oraz 21 września 1992 roku międzynarodową Szkołę Chrystusa

Nauczanie pastora Berta Clendennena jest bardzo wyraźnie chrystocentryczne. MOTTO: Chrystus jest wszystkim, Chrystus jest wystarczający. „Nie żyję już ja ale żyje we mnie Chrystus.” Brat Bert Clendennen dużo pisał na temat Kościoła - jaka jest jego misja na ziemi i jaka jest nasza rola w Kościele. To bardzo istotne tematy, z którymi warto się zapoznać niezależnie od przynależności denominacyjnej czy też jej braku.

W 1941 roku, dołączył do US Marines. W czasie służby został skierowany na wyspę Pellielu na południowym Pacyfiku. Przez 30 miesięcy żył w okopach które stały się jego domem. Z 11.000 ludzi,  tylko 80 z nich wróciło do swoich domów, reszta została albo zabita lub ciężko ranna. W 1946 roku, opuścił służbę wojskową  i rozpoczął pracę na platformach wiertniczych. W tym samym roku ożenił się z Janice.

Mając 24 lata Bert nie był ateistą, ale żyjąc w religijnym społeczeństwie nie wiedział nic o Bogu i nigdy nie czytał Biblii. Przez trzy lata staczał się na moralne dno, został alkoholikiem i gdy miał 27 lat w 1949 roku dzięki Łasce Bożej doznał  nowego narodzenia,

Pastor Clendennen poprzez radio i telewizję dotarł do prawie każdego większego miasta w Ameryce. Programy nadawane z Kościoła Victory Temple zaniosły pełne Bożej mocy przesłanie, do milionów domów. Brat Clendennen był rozchwytywanym mówcą na kongresach i spotkaniach konferencyjnych. Ta szczególna misja posługi zaprowadziła go do wielu krajów na całym świecie. W 1967 roku, Brat Clendennen usługiwał przez pięć tygodni w Tanzanii w "Kraju Buszu" na Wschodzie Afryki. Wiele dusz odnalazło Chrystusa w tamtym czasie. Potrzeba budowania Kościołów była tak wielka, że Brat Clendennen powrócił do USA aby zebrać fundusze na wybudowanie 15 bloków i domów modlitwy złożonych ze stalowych konstrukcji. W ciągu jednego roku misjonarz Morris Plotts zmontował i postawił wszystkie kościoły.

W latach 1968 - 1970, Braterstwo Clendennen podróżowali po świecie usługując w Hiszpanii, Francji, Rzymie, Indiach, Tajlandii i Wietnamie. W południowych Indiach z ponad tysięcy ludzi zebranych na słuchanie Ewangelii, setki doznały zbawienia i napełnienia Duchem Świętym.

W 1971 roku Clendennenowie zostali zaproszeni na misję do Zairu i Kongo. Przez 21 dni Boża moc i świadectwo Ewangelii ogarnęły tłumy, które policja oszacowała na 65000 ludzi.

W 1980 roku, Brat Clendennen został zaproszony aby usługiwać w Jugosławii, na Węgrzech i w Rumunii. Każdy Kościół, w którym usługiwał Brat Clendennen, był wypełniony do granic jego możliwości. W 1981 roku Brat Clendennen powrócił do Bułgarii i Rumunii, aby przypatrzeć się i upewnić, że Duch Pana ciągle tam działa a Kościoły rozwijają się, pod koniec  1981 roku Brat Clendennen powrócił z misją do Zairu w Południowej Afryce.

Brat Clendennen zapragnął zorganizować konferencję dla pastorów najpierw w Afryce a potem w Stanach Zjednoczonych. To wydarzenie na stałe zagościło w Victory Temple. Każdego roku, na takie konferencje przyjeżdżali pastorzy z całych Stanów Zjednoczonych i innych krajów świata, aby zostać podniesionym i odnowionym przez Ducha Świętego. Seminaria trwające cały tydzień, posiłki i zakwaterowanie dla pastorów i ich żon, zostały w całości sfinansowane przez "Voice of Victory" i Brata Clendenenna.

W grudniu 1991 roku Brat Clendennen wyraźnie odczuł, że nadszedł czas by pożegnać się z posadą pastora w Victory Temple i oddać się całkowicie pracy misyjnej. Od września 1991 drzwi zostały otwarte dla posługi brata Clendennena w Rosji i na terenie dzisiejszej Ukrainy.

W lutym, 1992 roku pastor Clendennen ponownie przyjechał do Rosji, aby usługiwać na ewangelizacjach i zorganizować miejsce, w którym mógłby rozpocząć szkołę dla rosyjskich kaznodziejów. 21 września 1992 roku, braterstwo Clendennen przeprowadzili się do Moskwy, aby przygotować wszystko do otwarcia pierwszej szkoły. Z tej lokalnej szkoły w Moskwie zrodziła się Międzynarodowa Szkoła Chrystusa Pastor Bert ma w tym momencie 70 lat


"Działając tam spostrzegliśmy, że nie tylko istniała potrzeba duchowego pożywienia, ale również wyżywienia i dostarczenia środków medycznych. Poprzez kontakty w Stanach Zjednoczonych skierowaliśmy kontenery wypełnione po brzegi ryżem, makaronami, pożywieniem dla niemowląt i środkami medycznymi, które okazały się niezbędne dla dzieci i rodzin w Rosji".

Brat Clendennen zakupił i rozprowadził trzydzieści tysięcy Nowych Testamentów i trzydzieści tysięcy książek "Słowo Życia". Burmistrz Kijowa prosił, aby dać Biblię każdemu studentowi w szkole. Jedna z najbardziej pełnych mocy stacji radiowych, która swym zasięgiem dociera do dziewięciu milionów ludzi, przeprowadziła z nim wywiad. W lokalnych gazetach zostały napisane artykuły o krucjatach. Jego służba rozwijała się dynamicznie i wniosła w koscioły tak wielkie ożywienie, że Gazeta Moskiewska napisała artykuł, o tym , że brat Clendennen był "najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Rosji".

W marcu 1994 roku Pan stworzył możliwość, aby przetłumaczyć materiały SOC na język hiszpański. Pierwsza Szkoła w Peru została otwarta w Haunuco. Potem Szkoła zawitała do Limy i innych miast.  Kolejnym miejscem był Ekwador, gdzie pierwsza Szkoła rozpoczęła się w styczniu 1996 roku. Pierwsza SOC w Chile rozpoczęła się w styczniu 1997 r

Ukończono również prace nad Chińską wersją Szkoły Chrystusa, co umożliwiło dotarcie do wielu miast w Chinach i Hong Kongu. Podręcznik SCh został przetłumaczony na 35 języków, a Szkoły obcnie działają w 150 krajach świata.

Pastor Bert odwiedził  Polskę w 2002 i 2003 roku oraz dwukrotnie w 2005, te wizyty rozpoczęły zajęcia "Szkoły Chrystusa" w naszym kraju.  

Brat Clendennen  zmarł  13 grudnia 2009 roku.

Więcej na temat życia pastora Berta można znleźć w języku angielskim na stronie: B.H. Clendennen A Man Who Prayed Through